Elektroniczny wychodek w PKP

Podróż tym słynnym Pendolino jeszcze przede mną. Póki co koleją poruszam się głównie na trasach Przewozów Regionalnych, czyli tych znacznie krótszych odległościowo, acz podobnie długich czasowo, w porównaniu do Pendolino. No i właśnie podczas takich wypraw mam czasem możliwość zakosztować odrobiny luksusu w PKP – nowego, czyściutkiego i klimatyzowanego pociągu, który cichutko sunie po niedawno oddanych do użytku torach kolejowych na trenie Małopolski i Podkarpacia. Podróż takim pociągiem jest całkiem przyjemna i komfortowa. Podróżny nie czuje się wytrzepany niczym shake bananowy w środku lata, ani nie musi krzyczeć do swojego współrozmówcy, coby tamten usłyszał jego wypowiedź. W takim pociągu spokojnie można sobie nawet rozmawiać szeptem! Siedzenia są dość wygodne (o niebo lepsze od tych wstrętnych, czerwonych plastików, ale jednak nie aż tak miękkie jak dość często jeszcze spotykane bordowe, skajowe fotele), a sam wagon wygląda schludnie. Trochę idiotyczne są co prawda wyświetlacze, które prawie nigdy nie pokazują tego, co może być pożyteczne dla pasażera i bardzo często pokazują informacje po prostu błędne. Ale za to najbardziej ekscytujące w tych nowych pociągach są toalety!

"Dzień Świra"

„Dzień Świra”

Toalety w pociągach zawsze były nietuzinkowe. Kiedyś niemożliwym było napotkać w PKP czyste i schludne WC. Dziś jednak nastały nowe czasy i nowa epoka – w naszych pociągach są łazienki piękne, przestronne, czyściutkie i pachnące. Ale to jednak wcale nie to, że są one wymuskanie nie gorzej niż te, z których korzystamy na co dzień (albo tylko od święta), czyni je aż tak ekscytującymi. Ten dreszczyk emocji w pociągowym WC gwarantuje elektronika, którą to miejsce naszpikowane jest od podłogi aż po sufit. Za pierwszym razem, kiedy zachciało mi się skorzystać z łazienki w nowym pociągu, z niemałym problemem zetknęłam się już na etapie otwierania drzwi. Okazało się bowiem, że nowe pociągi wymagają od podróżnego nawciskania tysiąca różnych guzików, zanim usiądzie on na sedesie. Tak więc, najpierw należało nacisnąć przycisk otwierający drzwi. Drzwi elegancko rozsuwały się w rytm cichuteńkiego „bziuuummmm”. Następnie, po wejściu do łazienki, należało zamknąć drzwi kolejnym przyciskiem, który przy dźwiękach analogicznego „bziuuummm”, drzwi zasuwał. Na sam koniec, należało przycisnąć jeszcze trzeci button, który zamykał drzwi od łazienki „na klucz” (tym razem zupełnie bezdźwięcznie). Przeoczenie któregokolwiek z tych przycisków mogło poskutkować wystąpieniem niezbyt komfortowej sytuacji. Ostatnio jednak, kiedy znów miałam przyjemność jechać nowym pociągiem, natknęłam się na nieco inną procedurę, poprzedzającą realizację zasadniczego celu wizyty. Tym razem drzwi otwierało się nie za pośrednictwem specjalnego przycisku, tylko po prostu przesuwało za pomocą zwyczajnego uchwytu. Brawo! Wreszcie logiczne, proste, normalne i oczywiste rozwiązanie. Po wejściu do łazienki wolałam jednak się upewnić, czy aby na pewno pozostałe dwa guziki również zniknęły, czy może przypadkiem one jednak się ostały. Jakaż była moja radość, kiedy okazało się, że z drugiej strony drzwi od łazienki również posiadają najzwyklejszy w świecie uchwyt do zamykania ich, oraz pokrętło do blokowania. Pełna euforii, beztrosko zamknęłam drzwi i przekręciłam pokrętełko. Po chwili jednak z niemałym zaskoczeniem zorientowałam się, że niestety znacząco zbagatelizowałam ten złożony proces zamykania drzwi i pociągowej toalecie. Okazało się bowiem, że na przeciwległej(!) ścianie znajduje się specjalny, dwuprzyciskowy panel do zamykania i ryglowania drzwi, a same drzwi niestety mają tendencję do zachowywania się w sposób nie do końca pożądany.

Nie umiem wyjaśnić, dlaczego w jednych modelach pociągów do obsługi drzwi mamy aż trzy przyciski, a w innych jedynie dwa i dlaczego czasem te przyciski znajdują się na samych drzwiach lub tuż obok nich, a czasem z niewiadomych przyczyn wędrują sobie na zupełnie inną ścianę. To zagadkowe zjawisko i skomplikowany system guzików do obsługi drzwi sprawiają, iż mam ochotę westchnąć ciężko i załamać ręce. Nie rozumiem po jaką cholerę zwyczajny kibel uzbraja się w pierdyliard różnych guzików i przycisków. Jednym do otwierania drzwi, drugim do zamykania, kolejnym do ich blokowania, jeszcze następnym do spuszczania wody w toalecie, a potem jeszcze dwoma do włączania strumienia wody z kranu i do dozowania mydła z podajnika. A, no i jeszcze dmuchawa do rąk na fotokomórkę.
Sracz, to sracz, a nie centrum dowodzenia wszechświatem! Drewniane drzwi z otworkiem w kształcie serduszka, zamykane na metalowy haczyk, są dla mnie o wiele bardziej logiczne, zrozumiałe, prostsze w obsłudze i znacznie skuteczniejsze.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s