made in china

dzie

Made In China

Co piąty człowiek na świecie to chińczyk. Raz, dwa, pięć! I w wyliczance padło na Hoganika. Jest żółty. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Kochałabym go tak samo mocno, nawet wtedy, gdyby był cyjanowy w purpurowe łaty. Choć przyznać muszę, że byłby wtedy wyjątkowo brzydkim dzieckiem. Ale na szczęście jest po prostu tylko żółty. Ja jestem bardzo tolerancyjną personą i nie przeszkadza mi żaden kolor skóry. Ale wiem, że w naszym kraju niestety nie wszyscy są tak samo tolerancyjni jak ja. Ale spoko – wiele dzieci ma po urodzeniu żółtawy kolor skóry, potem im to przechodzi i już nie muszą martwić się o prześladowania na tle rasowym.

Drugi, trzeci piąty, ósmy tydzień… a Hoganik dalej jest żółty. Nacieranie cytryną nie pomaga. Kąpiele w wybielaczu też nie przynoszą zadowalającego rezultatu. Postanowiliśmy więc pojechać z nim do szpitala. Spece w kitlach kazali odstawić Hoganika od piersi. Dziecko przez półtorej doby wcinało jakiś biały proszek rozpuszczony w wodzie i było z tego tytułu bardzo wesołe, a ja przez półtorej doby wyciskałam ze swoich cycków mleko, które bardzo chciało być zjedzone, a niestety nie mogło. Po tych 36 godzinach okazało się, że moje własne mleko jest made in china i zwiera jakieś tajemnicze chińskie hormony, które nie pozwalają bilirubinie spaść.

A więc to tak powstają żółtoskórzy ludzie!

Dziecko już jest zdrowe jak ryba i coraz bardziej wyblakłe się robi. No i wszystko pięknie, ale… No właśnie, zawsze musi być jakieś „ale”. Chociażby jedno, malutkie. No i tutaj też było. Bo kto mądry jedzie do szpitala w piątek? No chyba tylko zdesperowani rodzice. Więc trzeba było na wypis poczekać do poniedziałku. Nie mogę narzekać na szpitalne warunki, bo były bardzo dobre, a personel okazał się sympatyczny i pomocny. Poznałam kilkoro fajnych dzieciaków i ich rodziców. Ślubny weekendy ma wolne, więc spędzał z nami sporo czasu.Wbrew pozorom to był na prawdę miły weekend. Serio :-) Ale… Ale powietrze w szpitalu było tak suche, że śluzówka w moim gardle niemalże zanikła. Hektolitry wypitych płynów, tony wyssanych tabletek i cukierków, a w przełyku wciąż pustynia. W nocy budziło mnie drapanie w gardle, a rankami dusiłam się od kaszlu. Po dwóch dniach dopadła mnie chrypka, a na trzeci dzień, przy wypisie już prawie nie mówiłam. Teraz, po powrocie ze szpitala mamy z Hoganikiem ciche dni. Młody czasami tylko przerywa milczenie częściej niż mu to przysługuje. Wtedy uciszam go smoczkiem i śpię, śpię, śpię, śpię i śpię… i z przyjemnością wypełniam płuca domowym powietrzem… 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s