Poczytaj se, mamo!

books&mess

Tak, wiem, nie „se”, tylko „sobie”. Ale ja postanowiłam se,
że właśnie tak to napiszę, więc tak ma być i już! ;-)


Lubię czytać. Nie potrafię obojętnie przejść obok księgarni ani nawet stoiska z książkami w markecie. A jak tak przypadkiem natrafię na wyprzedaż, to bardzo często jakaś tania książka przyklei mi się do ręki i za żadne skarby nie chce się odkleić. Ja jej cierpliwie tłumaczę „Ależ kochana książko, gdzie ja Cię na półce postawię? Mieszkanie mam małe, bibelotów w nim od groma, a sterty z innymi książkami sięgają sufitu. Zlituj się, błagam! Zresztą, nie muszę Cię kupować, żeby Cię przeczytać! Bibliotekę mam tuż za rogiem!”. Ale one, te książki, są zwykle tak uparte i nieugięte, że muszę z takową iść do kasy, wysypać z portfela na blat wszystkie drobniaki i półżartem dodać, że reszty nie trzeba.

Najwięcej czasu na czytanie miałam w ciąży. Szczególnie pod sam koniec, jak przez miesiąc miałam udawać tłustą fokę, całymi dniami leżącą na kanapie. Szło mi to świetnie! Po każdym przeczytanym rozdziale przewracałam się na drugi boczek i czytałam kolejny. Do czasu. Bo wnet pokończyły się wszystkie książki pożyczone od znajomych, a mojej własnej biblioteczki nie chciałam wyczytywać tak zupełnie do końca – zawsze warto jest mieć na półce coś, czego jeszcze się nie czytało. Tak na wszelki wypadek. Podreptałam więc do biblioteki. Była po drodze do lekarza, więc czułam się w pełni usprawiedliwiona! Mój ślubny był chyba jednak nieco innego zdania, bo załamał ręce, stwierdził, że tłumaczenie mi czegokolwiek i tak nie przyniesie żadnego rezultatu i kupił mi prezent z serii „masz babo, siedź w domu na tyłku i czytaj sobie te książki, skoro musisz…” – całą sagę Pieśni lodu i ognia! :-D Niestety nie dane mi było poczytać zbyt długo, bo gdzieś tak w okolicy 650 strony drugiego tomu, nasze dziecię postanowiło przyjść na świat.

Kiedy pakowałam torbę z rzeczami do szpitala, to stwierdziłam, że nie ma sensu wrzucać do niej książki. Przecież przy dziecku i tak nie ma czasu na nic. A już w szczególności na czytanie książek! Tak przynajmniej wszyscy mi mówili. I, że o relaksie na kanapie, z książką w jednej ręce i z kubkiem gorącej herbaty w drugiej, można zacząć myśleć dopiero wtedy, kiedy dziecko jest już dorosłe i samodzielne. – czyli gdzieś tak w okolicach jego 40-tych urodzin. Tak mówili. Potulnie odstawiłam więc książkę na półkę, czule żegnając się z nią na najbliższe pół wieku. Skoro tak mówili…

Jakież było moje zdziwienie, kiedy na drugi dzień mój ślubny przyszedł do szpitala z opasłym tomem pod pachą i powiedział: „Zapomniałaś książki”. Ale… przecież do 40-stych urodzin Hoganika zostało jeszcze 40 lat bez jednego dnia! Bardzo szybko okazało się jednak, że to co mówili, nie do końca jest prawdą. Będąc rodzicem da się znaleźć czas na czytanie! Nawet wtedy, kiedy dziecko ma zaledwie kilka dni. Później, kiedy dziecko ma kilka tygodni, albo i nawet i kilka miesięcy, też można czytać książki. Nie wiem jeszcze jak to jest w przypadku dzieci kilku- i kilkunasto- letnich. Być może wtedy trzeba się pożegnać z lekturą na najbliższe „-dzieści” lat? No, skoro tak mówią…

Advertisements

One Comment

  1. dalej uparcie twierdze, że jakimś sposobem musimy być spokrewnione! Miłość do kawy, książek, jedzenia, spania i tańczenia. No i Mama po Plastyku! Przypadek? Nie sądzę.

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s