Historia pewnej studentki

Wszystkim studentom, walczącym w sesji poprawkowej, dedykuję – ku pokrzepieniu serc, tę oto historię.
Historię jak najbardziej prawdziwą, acz leciuteńko tylko podkolorowaną.

study hard

Studiujesz sobie na uniwerku. Idzie Ci… No dobra, nie jest aż tak bardzo źle. Pierwszą sesję zaliczasz w terminie. Z większości przedmiotów masz trójki, ale przecież nigdy nie szło Ci z nauką jakoś wybitnie. Więc to i tak duży sukces, co nie? Drugą sesję… no cóż jeden przedmiot jest nie do przejścia. Ten prowadzący to po prostu istny grabarz wśród uciekających przed uczelnianą trumną studentów. Bezdusznie łapie ich, pakuje do tej trumny i wysyła na zmywak w UK, na inną, gorszą uczelnie, na zieloną trawkę, do wariatkowa… Uczysz się więc po nocach, czytasz wszystkie książki, jakie ktokolwiek kiedykolwiek na ten temat napisał i wypijasz hektolitry kawy oraz energetyków, zagryzając to wszystko czekoladą i zimnym makaronem z zupki chińskiej (który zdążył już całą ową zupkę wypić). Zarabiasz krocie na dawaniu korków z tego przedmiotu i wszyscy „Twoi uczniowie” mają piątki w indeksach już po kilku lekcjach z Tobą.
A Ty?

A Ty, masz już czternasty drugi termin. Od wykładowcy dowiadujesz się, że przecież im dłużej się uczysz, tym poprzeczka powinna być wyżej (no w sumie logiczne) i że w pierwszym terminie taki zasób wiedzy na pewno wystarczyłby Ci na dobrą ocenę, ale teraz, to nawet na tróję z pięcioma minusami nie styknie (no, to już jest nieco mniej logiczne). Walczysz tak, aż do kolejnej sesji i… i katastrofa! Musisz powtarzać. Wysypujesz ze skarpety wszystkie drobniaki i liczysz czy starczy Ci kasy na taki luksus, jak powtórka z całej tej wątpliwej rozrywki. Tracisz rok. A nie, sorry, dwa. Bo w tak zwanym międzyczasie okazuje się, że zmienił się program studiów i obecny pierwszy rok już miał ten przedmiot w semestrze zimowym. Aha. No to fajnie. Po prostu świetnie! Cholerny świat!!!
Wszyscy Twoi znajomi (no dobra, prawie wszyscy ;-) ) idą dalej. Radośnie uczą się nowych rzeczy, z łatwością zaliczają kolejne egzaminy i ekscytują się nadchodzącymi juwenaliami. (W ogóle ŁOŁ! Słyszeliście, jaki koncert ma być na kampusie tym razem! Ekstra, nie!? Pójdziemy całą ekipą, będziemy pogować i drzeć się na całe gardła tuż pod sceną!)
A Ty? A Ty co robisz?

A Ty próbujesz uczyć się dalej. Bo cóż innego masz do roboty. Lepiej zaliczyć cokolwiek, niż nic, żeby móc chociaż trochę się pocieszyć jakimkolwiek sukcesem. Ryczysz w poduszkę, załamujesz ręce, nogi, wylewasz hektolitry łez, patrzysz pełnym nadziei wzrokiem na zestaw noży kuchennych, zastanawiając się który najbardziej będzie pasował do Twoich żył, płaczesz jak bóbr (jak płacze bóbr?), dostajesz burę od kierowniczki akademika o to, że Twoje łzy zalewają sufit w pokoju piętro niżej, tracisz sens życia, zawalasz kolejną sesję, bo nie masz już siły uczyć się więcej, idziesz do Dziekana, żeby jemu też się wypłakać w rękaw marynarki. W sumie, to czemu nie? To nie jest aż taki głupi pomysł. Wszyscy wokół mają już przecież serdecznie dość Twoich smutów, a akurat Pan Dziekan nie miał jeszcze okazji się z nimi zmierzyć.

Na szczęście Dziekan to anioł w ludzkiej skórze. Daje Ci jakiś papierek, Ty myślisz, że to chusteczka higieniczna, mówisz „Dziękuję” i smarkasz sobie w to nos. Dziekan zmieszany, mówi, że to jest jego osobista, pisemna zgoda na to, żeby panie z dziekanatu nie wywalały Twojego indeksu przez okno, na te rabatki z tulipanami które rosną przed Budynkiem Głównym, tylko żeby jednak umożliwiły Ci studiowanie w trybie turbo specjalnym, bez konieczności zaczynania studiów znów od początku i zaliczania każdego przedmiotu jeszcze raz. A potem zaczyna się śmiać, podaje Ci taką prawdziwą chusteczkę do nosa i wypisuje ten sam papierek jeszcze raz. I do tego załącza ciasteczko. Na pocieszenie. I jeszcze drugie – na drogę. Całując dziekana w stopy, na kolanach wychodzisz z jego gabinetu, wycierając nos w rękaw, żeby znów nie osmarkać tego drogocennego papierka.

Tak więc powtarzasz rok. Na szczęście tylko jeden rok, bo tylko ten pechowy przedmiot będziesz zaliczać z przyszłorocznymi kotami, a wszystkie pozostałe z tegorocznymi.
Przychodzisz na jakiś wykład do młodszego rocznika i myślisz sobie „Boże, co za dzieciarnia!”. Straszysz ich więc jakimś trudnym przedmiotem, którego właśnie ambitnie się uczysz, bo wszyscy Twoi znajomi zgodnie twierdzą, że to jest jeszcze gorsze od tego przedmiotu, z którym Ty walczysz już od stu lat. Czujesz się jak jakiś wyrzutek społeczny, chodząc na zajęcia z ludźmi młodszymi od siebie o rok, lub o dwa lata. Jesteś na każdych zajęciach jak jakiś dinozaur, którego „koty” pokazują sobie ukradkiem palcem, szepcząc coś do siebie. No dobra, Ty i ten kumpel, który jest jeszcze starszy od Ciebie i koleżanka, koło której zwykle siadasz. Ale oni robią drugi kierunek. To co innego…

Ehh… nie taki był plan! Miało minąć tylko, TYLKO(!) 5 lat i przed Twoim nazwiskiem miały się pojawić trzy magiczne literki, z których pierwsza to „M”. A potem miała się rozpocząć Twoja wspaniała kariera zawodowa w dużej, międzynarodowej firmie, która już na start płaci średnią krajową wszystkim absolwentom. I potem życie miało się jakoś toczyć dalej.
A po tych pięciu latach okazuje się, że…

Że na tym niższym, pełnym „dzieciaków”, roczniku spotykasz miłość swojego życia (z którą nota bene teraz, po kolejnych kilku latach, masz swoje własne dzieciaki – takie prawdziwe, a nie „koty”), i że masz przed nazwiskiem trzy literki, owszem, lecz pierwsza z nich to „L”. Ale za to masz już w CV wpisane kilka ciekawych staży, praktyk i pracę na mądrze brzmiącym stanowisku w start-upie. Znasz mnóstwo fajnych ludzi, a wielu z nich podziwia Cię za wytrwałość w dążeniu do celu i za ambicję. I przede wszystkim – jesteś szczęśliwym człowiekiem. Tak po prostu :-)

A te wszystkie Twoje ambitne plany, tak misternie układane tuż przed maturą? E, tam! To nieważne. W sumie, to nawet lepiej, że się nie ziściły, bo przez nie ominęłoby Cię w życiu tyle fantastycznych rzeczy! Przecież i tak już udało Ci się osiągnąć większość z tego, co w nich było, a reszta – to tylko kwestia czasu!

Startup Stock Photos


Jeśli Tobie też jakieś niepowodzenie zrujnowało wielkie, wspaniałe i ambitne plany, to nie załamuj się.
Pamiętaj, że do jednego celu zawsze prowadzi kilka dróg.
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s