Mediator małżeński

Jesteśmy małżeństwem z niezbyt długim jeszcze stażem. W ogóle jako para mamy bardzo mały staż – niespełna dwa miesiące temu hucznie świętowaliśmy pierwszą rocznicę naszego, jak to się fajnie nazywa, chodzenia. Hucznie czyli, wieczorem z hukiem padliśmy na wyrko i usnęliśmy w 2 minuty, bo nasze prawie roczne dziecko potrafi czasem tak dać w kość, że dwójka dorosłych ludzi ledwo ogarnia. Zaraz zaraz, jak to „nasze prawie roczne dziecko”!? No normalnie – według naszej matematyki wszystko się zgadza. A to co, Wasza matematyka jest jakaś inna? Ale nie o dzieciach miało być, bo to przecież wcale nie jest blog parentingowy. Tym razem miało być pranie naszych małżeńskich brudów. Wiadomo – wiosna, więc czas zrobić porządki. Wszędzie. No więc…

Żyje nam się różowo, cukierkowo i codziennie rzygamy sobie tęczą. No, może oprócz pierwszych pięciu miesięcy mojej ciąży, kiedy to ja rzygałam tak normalnie, ale za to Ślubny nadal tęczą. W głębi ducha wiem, że ta bajka będzie  trwać bez końca i że nigdy nam się nie znudzi. Ale też czuję po kościach, że za jakiś czas, jeszcze nie teraz, ale kiedyś na pewno, będziemy potrzebować mediatora, który pomoże nam rozwiązać pewien poważny problem. Ten problem pojawia się niemal codziennie i z każdą filiżanką wypitej wspólnie kawy narasta. Póki co radzimy sobie z nim. Raz lepiej, raz gorzej, ale jednak koniec końców zawsze udaje się go rozwiązać. Nie jest to może jakaś poważna sprawa, i nie budzi ona większych konfliktów, ale obawiam się, że bez mediatora tak na prawdę nigdy się z tym problemem nie uporamy.

Ja wolę naczynia zmywać w miarę na bieżąco – po kilka na raz, w międzyczasie. Kiedy czekam aż zagotuje mi się woda na herbatę, to myję parę talerzy i jakieś sztućce. Gotując obiad sprzątam szklanki i łyżeczki. Nie wszystko na raz, powolutku. Kilka naczyń w zlewie mi nie przeszkadza – jeśli trzeba je uprzątnąć, to wystarczy poświęcić kilka minut i wszystko błyszczy. Ślubny natomiast jest zwolennikiem zupełnie innego rozwiązania. Woli myć wielgachną górę naczyń, która wypełnia obydwie komory oraz pół pobliskiego blatu i sięga aż do sufitu. Dzieli naczynia na grupy, segreguje i myje partiami. Fajny sposób i też go stosuję, ale jednak hurtowe ilości naczyń wolę myć jedynie od święta. Nie przeszkadza mi to, że raz na jakiś czas spędzę nad kuchennym zlewem prawie godzinę. Ale na co dzień wolę jednak przebywać w innych lokalizacjach.

Czy to jest u nas powód do kłótni? W ogóle! Po prostu ja sobie zmywam naczynia bieżąco i staram się, żeby nie gromadziły się w zlewie w nadmiernej ilości. A kiedy zdarzy się, że taki najeżony brudnymi sztućcami i tłustymi talerzami potwór, z przypalonym garnkiem na głowie, zamieszka w naszej kuchni i sam jego widok przyprawia mnie o dreszcze, to po prostu pozwalam się mojemu mężowi wykazać – być tym wspaniałym rycerzem w lśniącym od brudnej wody fartuchu kuchennym, z gąbką w ręce, który w towarzystwie dzielnego płynu do mycia naczyń stoczy bohaterską walkę przy kuchennym zlewie i pokona złego stwora, straszącego wybrankę jego serca. I wszyscy są szczęśliwi :-)

Ale jednak mimo wszystko, przydałby się nam kiedyś mediator, w postaci zmywarki do naczyń. Jeszcze nie teraz – kiedyś, w innym mieszkaniu, w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. Aktualnie byłby to spory problem, żeby tą zmywarkę gdzieś umieścić w naszej kuchni i podłączyć do instalacji, którą montowano tu ponad pół wieku temu. Zapewne nasz mediator musiałby stanąć… chyba na pralce, otoczony plątaniną kabli, rur oraz licznych przedłużaczy i przejściówek, stanowiących swoisty wehikuł czasu pomiędzy latami 60-tymi XX wieku, kiedy to nikt nie wyobrażał sobie, by w domu były jakiekolwiek sprzęty elektryczne poza lodówką i radiem, a odpływy kanalizacyjne były tak wielkie, że bez problemu można było wsadzić do nich głowę. Przy każdym wirowaniu trzeba by było stać tam koło tego mediatora i trzymać go, żeby nie zeskoczył nagle z pralki i się nie popsuł. I wtedy, to już byśmy faktycznie potrzebowali mediatora, takiego prawdziwego, żeby pomógł nam ustalić harmonogram wart przy zmywarce stojącej na pralce.

No albo można też poczekać aż Hoganik nauczy się zmywać naczynia. Dzieci to przecież najtańsza siła robocza, więc skoro już się takową w domu ma, to trzeba z tego korzystać, prawda? ;-)


P.S.

Ślubny się mnie zapytał, kiedy pisałam ten tekst:

– Co robisz?
– Piorę nasze małżeńskie brudy.
– ???
– No.
– O! To fajnie, bo właśnie Ci miałem mówić, że kończą mi się czyste skarpetki.
– Nie, nie robię prania. Nie ma takiej potrzeby. Kosz na brudną bieliznę jeszcze jakimś cudem się domyka, jak nogą udeptasz.
– Aahaaa…. Czyli, że naczynia myjesz, prawda? To ekstra! Po wczorajszych frytkach wszystko jest w oleju, więc nie chciało mi się tego ruszać…

Sami widzicie – mediator małżeński jest w naszym życiu niezbędny!

Reklamy

2 Comments

    1. Cieszę się, że udało mi się „zmylić” Cię tym tekstem ;-) pomysł kiełkował w mojej głowie dość długo, ale widzę, że osiągnęłam zamierzony efekt :-)

      Polubienie

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s