Dzieci XXI wieku

Dziś będzie tekst z serii „nie znam się, to się wypowiem”. Mój syn już jest prawie dorosły – na spacerki za rączkę ze starszymi od siebie dziewczynami już chodzi i mama mu do tego w ogóle potrzebna nie jest. Wciąż jednak ma mniej wzrostu niż metr i mniejszą masę niż 10kg, więc dalej jest to malutkie dziecko. A ja dziś będę pisać o dzieciach nieco większych – takich co już mówią w języku zrozumiałym dla dorosłych, mają kompletne uzębienie i nie trzeba im ubierać pieluch.

Mając to swoje malutkie dziecko, od ponad roku bywam w miejscach pełnych innych dzieci. Obserwuję te inne dzieciaki oraz ich rodziców i jestem przerażona!

***

Z kilkumiesięcznym synem czekamy na szczepienie. Przed nami mała Zosia przyszła na bilans 2-latka. Przez drzwi wszystko słychać. Dziewczynka cały czas histeryzuje i dwójka rodziców, pielęgniarka oraz lekarka nie potrafią nad nią zapanować.
– Zosiu, wejdź na wagę.
– Nie!
– Proszę cię kochanie, stań na wadze.
– Nie chcę!
– Ale dlaczego?
– Bo ja się boję!
– Ale dziś nie będziemy kłuć igiełką. Dziś tylko Pani doktor cię zmierzy, zważy i zbada.
– Nie! Ja nie chcę! Ja chcę na lody!
– Lody będą później, jak będziesz grzeczna na badaniu.
– Ja chcę teraz!
– Po badaniu będą lody, a teraz stań na wadze.
– Nie!
– Przecież w domu lubisz się ważyć, dlaczego tutaj nie chcesz?
– Bo w domu jest inna waga!
– Dostaniesz naklejkę w nagrodę jak staniesz na wadze, a po badaniu pójdziemy na lody…
– Nie! Teraz idźmy! Nie będę się ważyć na tej wadze!
Podobny cyrk był jeszcze podczas mierzenia i kolejny przy samym badaniu. Siedzieliśmy w poczekalni prawie godzinę, czekając aż 2-latka pozwoli się zważyć, zmierzyć i pobieżnie chociażby zbadać. No, płuca to na pewno miała zdrowie, bo do takich wrzasków, to trzeba mieć warunki. Po badaniu oczywiście pielęgniarka rozpływała się w zachwytach nad Zosią, jaką to dzielą dziewczynką była i nagrodziła ją naklejką. A rodzice obiecali podwójne lody, bo się jej przecież należą w nagrodę.

***

W punkcie Diagnostyki kolejka do pobierania krwi zrobiła się już całkiem spora. Kiedy weszliśmy, to w środku krew pobierano jednej dorosłej osobie i jednemu dziecku, a na badanie już czekało kolejne, zaryczane i zasmarkane po kolana. Plus trzy osoby w kolejce do rejestracji. Usmarkany małolat, na oko lat 5 lub może nawet i 6, płuca też na pewno miał zdrowe. Kiedy tylko pielęgniarka zaprosiła go na fotel to udowodnił, że nawet bardzo, bardzo zdrowe i że decybeli tyle wytworzyć potrafi, że sam jeden bez problemu przekrzyczałby cały Stadion Narodowy pełen kibiców.
– Michałku, daj rączkę, ja ci tu tylko psiknę, żeby wyczyścić.
– Nie! Ja się boję! To boli! Ja nie chcę!
– Ale to akurat nie boli. Ja tylko psiknę takim płynem do oskarżenia.
– Nie! Ała! Boli! Boli! Nie! Łaaaaaaaa….!
– Michałku, ale ja cię jeszcze nawet nie dotknęłam. No daj rękę, proszę. Obiecuję, że nie będzie bolało.
5-latek siły ma już dużo, a mama w zaawansowanej ciąży, więc utrzymać go nie była w stanie. Dwie pielęgniarki potrzebne były do pobrania krwi jednemu facetowi, co już może za rok do szkoły będzie szedł. Tak więc wszyscy inni musieli czekać w poczekalni przez 21 minut (z zegarkiem w ręku!) aż dzielny Michałek pozwoli pobrać sobie próbkę krwi. Dwadzieścia jeden minut! A Michaś oczywiście był bardzo dzielny, o czym z emfazą zapewniała go mama i dwie pielęgniarki. Ba! Był ponoć najdzielniejszym pacjentem jaki przyszedł w tym tygodniu do tego punktu Diagnostyki! Obydwie pielęgniarki stwierdziły to jednomyślnie. Więc w nagrodę dostał dyplom i naklejkę, dwa kolorowe plasterki przyklejone na krzyż oraz jeszcze dwa odblaski – bo nie mógł się zdecydować czy chce biały czy żółty. A po badaniu miała być ulubiona drożdżówka z czekoladą w pobliskiej piekarni – no w końcu jest przecież najdzielniejszym dzieciakiem na świecie, więc nagrodę za odwagę dostać musi!

***

Młynówka Królewska, słoneczne popołudnie. Dziewczątko, lat chyba ze 4 (imienia nie miałam okazji poznać) jest na spacerze z rodzicami, ciocią i kimś jeszcze. Idzie za rączkę z mamą, a w drugiej trzyma dużego pluszaka. Gada, śmieje się, podskakuje – typowe dziecko. Nagle się zatrzymuje, a pluszak upada na chodnik.
– Ojej! Co się stało? Króliczek ci wypadł? No to go podnieś.
Dziecko wciąż stoi jak sparaliżowane i tylko gapi się na leżącą na ziemi maskotkę.
– No co jest? Nie podniesiesz króliczka? No… Oj, to dobrze, mamusia ci podniesie… Nie, ciocia podniesie. Proszę, trzymaj sobie. No, trzymaj króliczka. Ojej, znowu spadł. No to ciocia ci będzie niosła króliczka, dobrze? To co? Możemy iść dalej? No to fajnie, chodź, idziemy…

***

Długi weekend, babcia zabrała gromadkę wnuków na lody. Towarzyszy jej młoda kobieta, zapewne córka. Środkowy dzieciak – chłopak w wieku szkolnym. I to wcale nie żadne tam nauczanie początkowe, tylko koniec podstawówki – wyglądał na takiego, co już tabliczkę mnożenia ma w jednym palcu, niekoniecznie małym, ale na pewno w jednym. Podchodzi do babci, daje jej swojego loda i mówi „Trzymaj”, po czym siada obok, wsadza ręce do kieszeni i wcina loda trzymanego przez babcię.
– Trzymaj to sobie sam.
Zero reakcji
– No, przecież nie będę Ci tego trzymać jak małemu dziecku.
Reakcja jest – chłopak podniósł rękę babci wyżej, żeby nie musieć się schylać, i z powrotem wsadził łapy do kieszeni.
– Obliż tutaj z boku, bo cieknie. I jedz normalnie. Sam sobie trzymaj.
Dzieciak wciąż udaje, że nie słyszy. Po tej próbie babcia ostatecznie skapitulowała i, wciąż trzymając rękę tuż pod gębą wnuka, zajęła się rozmową z towarzyszącą jej kobietą. Widząc tą scenę miałam ochotę zdrowo trzasnąć w łeb tego małego cwaniaka i jego babcię przy okazji też. No ale obce dziecko i kobieta starsza ode mnie, więc trzeba było się poskromić i udawać że jest się świadkiem zupełnie zwyczajnej, niczym nie wyróżniającej się i nie przyciągającej uwagi sceny.

***

Urodziłam się jeszcze w czasach PRL, ale z tego okresu nie pamiętam kompletnie nic. Za to lata 90-te ubiegłego wieku i ówczesne dzieciaki, jestem w stanie przypomnieć sobie doskonale. I te dzieci z lat 90-tych były zupełnie inne, niż dzisiejsze. Kiedy mama za kimś biegała po całym placu zabaw i siedziała razem z nim w piaskownicy, to to był wstyd jak jasna cholera i było się wtedy pośmiewiskiem wśród rówieśników. Swoich rzeczy trzeba było pilnować i samemu o nie dbać. Żaden rodzic za żadnym dzieckiem zabawek nie nosił. A jak ktoś coś gdzieś zostawił i zgubił, to potem tego po prostu nie miał, albo co gorsza rodzice obcinali mu kieszonkowe, żeby to odkupić.

Ja tylko jeden jedyny raz przestałam pilnować swojej zabawki, licząc na to, że mama będzie ją nieść za mnie. Mimo, iż powiedziała wyraźnie, że tego nie zrobi. Wsiadłyśmy w autobus, a plastikowy, bordowy piesek na kółkach, którego ciągnęło się na sznurku, został na przystanku przy ul. Starodąbrowskiej, koło Domu Emerytów, na przeciwko Kirkutu. Jak tak teraz myślę, to w ogóle się mamie nie dziwię, że pozwoliła zostawić pieska na przystanku – ta zabawka wyglądała okropnie ;-) Jednak ja bardzo go lubiłam i kiedy kolejny raz byłam na tym przystanku, to go szukałam. Ale jego już tam nie było. Potem już pilnowałam wszystkich rzeczy, na których mi zależało.

Kiedy w latach 90-tych ktoś u lekarza odstawiał sceny, to miał pewność, że gdy wyjdzie z gabinetu to dzieciaki siedzące w poczekalni będą go wytykać palcami i śmiać się, a po powrocie do domu dostanie taką burę jakich mało (nie wiadomo co gorsze!). I oczywiście o jakichkolwiek lodach w nagrodę mógł zapomnieć, bo lody były tylko dla dzielnych dzieci. Każdy to wiedział. Oczywiście, że wbijanie igły bolało, było nieprzyjemne i nikt tego nie lubił. Były dzieciaki bardziej płaczliwe i mniej, ale jak ktoś raz urządził wielką histerię przy okazji badania, to już przy następnej wizycie zaciskał zęby z całej siły, żeby absolutnie nie wydać z siebie ani jednego dźwięku i nie uronić żadnej łezki. Nawet jeśliby miał zemdleć ze strachu i bólu.

To były czasy, kiedy dzieciaki na Komunię dostawały zegarek i taki zegarek był dumą każdego drugoklasisty. A potem jego najgorszą zmorą, bo skoro w każdej chwili można było sprawdzić która jest godzina, to trzeba było wrócić do domu o konkretnej porze. A spóźnienie się oznaczało, że kolejna okazja by pobawić się z dzieciakami na podwórku nie nadarzy się prędko.

A dzisiejsze dzieciaki?

W prezencie nie mogą dostać modelu smartfona sprzed kilku lat, tylko ten najnowszy, bo to przecież wstyd do szkoły pójść z takim gratem! Umieją kręcić filmiki z drona, ale zupełnie nie przejmują się tym, czy potrafią wiązać sznurówki – przecież mama na pewno zawiąże buta, jeśli trzeba będzie! Nie muszą pilnować umówionej godziny, ani wracać na czas, bo rodzic sam po nich przyjedzie samochodem o ustalonej porze. Wiedzą, że po każdej wizycie u lekarza czeka ich nagroda, bez względu na to jak będą się zachowywać. W swoim pokoju mają więcej zabawek, niż ich rodzice mieli w całym przedszkolu. Wymyśla się dla nich zabawy i organizuje się im cały dzień, więc nie potrafią się bawić samodzielnie. Mama absolutnie, pod żadnym pozorem i ani na chwilę nie może zniknąć z oczu swojemu dziecku, nawet jeśli już od dawna nie jest ono niemowlakiem. W całym domu ma być absolutna cisza, półmrok i idealnie komfortowe warunki, żeby dziecko mogło zrobić sobie drzemkę. Nawet jeśli małolat waży już kilkanaście kilogramów i od dawna samodzielnie biega, to wciąż nosi się go na rękach, pilnuje żeby nie nabił sobie guza i kołysze się go do snu.

Nie wiem jak wygląda życie z kilkulatkiem i wychowywanie go – mój syn ma zaledwie rok. Ale już od dawna sam trzyma sobie jedzenie, jak się wywróci to wstaje samodzielnie, potrafi bez niczyjej asysty bawić się i pójść spać kiedy jest zmęczony, nikt za niego nie podnosi zabawek kiedy je upuści i chwali się go tylko wtedy, kiedy faktycznie na to zasłuży. I wydaje mi się, że się to nie zmieni. Jak nie będzie sam sobie jedzenia trzymał, to nie zje – jeśli trochę pogłoduje, to nic się mu przecież nie stanie, najwyżej zje później, jak zgłodnieje. Nie będzie dostawał nagród, jeśli na nie nie zasłuży i nikt go nie będzie chwalił za mazgajenie się. Wręcz przeciwnie!

Ale wiecie co mnie w tym wszystkim najbardziej przeraża? Że mój syn, którego wychowuję na normalnego, samodzielnego i ogarniętego człowieka, pójdzie kiedyś do żłobka, przedszkola, szkoły i spotka tam mnóstwo dzieciaków z XXI wieku…

Reklamy

2 Comments

  1. Moja córeczka ma dopiero 7 miesięcy, ale z dnia na dzień, coraz bardziej boję się tego, co będzie jak pójdzie do szkoły. Chociaż już teraz mam wątpliwości czy „w dupce jej się nie przewraca” od ilości zabawek i ubrań jakie otrzymuje (kompletnie niepotrzebnych). Szkoda tylko, że babcie i ciocie nie rozumieją… A żyły w tych fajnych czasach.

    Polubienie

    Odpowiedz

    1. Na nadmiar zabawek jest skuteczne rozwiązanie – część zabawek schować i zostawić dziecku tylko kilka. Kiedy zacznie się nudzić, to dorzucić jakieś nowe zabawki i zabrać parę starych, którymi najrzadziej się bawi. Potem, kiedy te nowe się znudzą i znów wrócą stare zabawki, to będzie przez jakiś czas radości co nie miara – bo przecież to był ulubiony miś i on się zgubił! ;-) Plus jeszcze zawsze warto mieć zachomikowanego pod ręką jakiegoś bardzo absorbującego fiszerprajsa, który w kryzysowych sytuacjach pozwoli zająć czymś dziecko na chwilę.

      W przypadku większego dzieciaka stosowanie tej metody jest trudniejsze, bo starszak doskonale pamięta kiedy i od kogo dostał jakie prezenty. Więc jak któraś z zabawek zamieszka w kartonie na dnie szafy, to mogą się zacząć dociekliwe pytania w stylu „A gdzie jest moja lalka w zielonej sukience, którą dostałam na imieniny od Babci Zosi i Świnka Pepa którą przyniósł mi Mikołaj?” ;-) Ale z maluchami sprawa jest prosta – Nie ma grzechotki? Trudno, pobawię się misiem. No i nawet chociażby chciało, to nie jest w stanie zadać rodzicowi trudnego pytania ;-)

      Polubienie

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s