Kwartalny Cotygodnik Ciężarówkowy nr 1

26 maja, Dzień Matki

Dziś świętuję Dzień Matki. I to świętuję do kwadratu, bo rano zrobilam test ciążowy i wyszedł pozytywny.
Pierwsze dziecko dało mi w prezencie kwiatka i wielgachną kupę w pieluchę. Upaprałam się po łokcie tym prezentem. Jak zwykle, kiedy próbuję powstrzymać te małe nóżki przed wierzganiem na wszystkie strony i te małe rączki przed drapaniem się po tyłku. Obsranym tyłku, oczywiście. Achh… A ja marzyłam, że otrzymam w prezencie jakiś obezwładniacz dzieci, albo paralizator przewijakowy, żeby nie musieć przy każdym przewijaniu mojego ruchliwego dziecka szorować wszystkiego w obrębie metra od pieluchy. A drugie dziecko zafundowało mi nudności, złe samopoczucie i osłabienie. Ale przynajmniej nie było jeszcze żadnych rzygów. Wróć! Jakie „jeszcze”!? Nie było i nie będzie żadnych rzygów! Teraz marzy mi się ciąża bez wymiotów!

Tydzień 10

Ostatnie kilka tygodni było ciężkich. Nie miałam nawet ochoty niczego pisać, ani w ogóle robić czegokolwiek. Poprzednia ciąża przebiegała książkowo. Nie nazwałbym tego może „stanem błogosławionym”, bo ja dziękuję za takie błogosławieństwo, że wszystko wokół mi śmierdzi (a w szczególności Ślubny!), poranne nudności mam przez całą dobę i wcale nie kończą się one wraz z pierwszym trymestrem, a potem jeszcze zamieniam się w wielgachnego słonia, który z trudem zatacza się do łazienki. Było chujowo, ale stabilne. Tym razem pojawiły w się jednak krwawienia i plamienia. Niby takie rzeczy się zdarzają w na początku ciąży i jeśli lekarz podczas badania powie, że wszystko jest OK, to znaczy, że wszystko jest OK, i że można wracać do domu, by w spokoju cieszyć się urokami pierwszego trymestru i absolutnie o nic się nie martwić. No i tak też było u mnie – dowiedziałam się że wszystko jest dobrze, na kolejnym badaniu też w porządku i wróciłam do domu. No, to mi akurat wyszło. Ale już z tym cieszeniem się urokami (tak, tak, zaczęły się rzygi. Oh yeah!) i nie martwieniem się absolutnie o nic, to już było gorzej. Na szczęście po kilku tygodniach plamienia i krwawienia się skończyły i wtedy odetchnęłam z ulgą. Nieszczęście w tym szczęściu jest takie, że uroki pierwszego trymestru się nie zakończyły wcale. A wręcz przeciwnie…

Tydzień 11

4 kg – tyle już schudłam od początku ciąży. Nie wiem czy to dużo, czy mało. Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo rzygam. W poprzedniej ciąży schudłam 1 kg, ale wtedy startowałam z niższej kategorii wagowej. O 13 kg niższej i prawidłowe BMI udało mi się wtedy osiągnąć, po raz pierwszy w życiu(!), dopiero w 4 miesiącu ciąży. Nie wiem czy chcę wiedzieć ile kilogramów stracę tym razem. Jak dalej będzie to wyglądać tak jak teraz, to wrócę do wagi sprzed ciąży, ale tej pierwszej. Ha ha ha. Taki dowcip. Słaby, co nie? Acha, wspominałam już, że wszystko mi śmierdzi? A do tego jestem senna, słaba i zmulona przez prawie cały dzień i kiepsko śpię w nocy. W zasadzie, to nie nadaję się absolutnie do niczego.

Tydzień 12

Bolą mnie plecy w odcinku krzyżowym i spojenie łonowe. A ceteris paribus. Chwileczka, napisałam, że mnie bolą? Nie, już nie bolą – bolały dotychczas. Teraz, to napierdzielają niczym kowal młotem przed Bitwą pod Grunwaldem. Nie no, dobra… To jest dopiero 12 tydzień, więc jeszcze do Bitwy pod Grunwaldem daleko. Więc póki co, to tylko napierdzielają jak kowal młotem, ale w zwykły dzień roboczy. Bardziej wyszukane epitety zostawię sobie jeszcze na później, bo bardzo możliwe, że jak zrobi się ze mnie jeszcze większa beczka, to ów ból może się nasilić bardziej. No i jak ja go wtedy opiszę?
USG z dwunastego tygodnia bardzo mnie uspokoiło. Okazało się, że mimo tych wszystkich perypetii, które działy się kilka tygodni temu, dziecko rozwija się prawidłowo. Są dwie ręce, są dwie nogi, jest głową, wszystko pozostałe też jest na miejscu i wygląda oraz pracuje dokładnie tak, jak powinno. Przez cały czas byłam dobrej myśli i wierzyłam, że wszystko będzie w porządku. Ale jednak pewien mały niepokój gdzieś tam w środku siedział. Teraz już na szczęście sobie poszedł i nie ma po nim ani śladu :-) A dziecko na USG pokazało, że te moje wszystkie zmartwienia, to ma głęboko w nosie! Po tym, jak pozwoliło się ładnie pomierzyć i pooglądać (chyba spało wtedy), postanowiło dać popis swojej ruchliwości. Póki co nie czuję jeszcze żadnych ruchów tego kilkucentymetrowego malucha, ale po tych wszystkich fikołkach i wykopach, które zobaczyłam na monitorze, obawiam się, że moje biedne wnętrzności znów zostaną wykopane daleko w kosmos…

Tydzień 13

Nie podzieliłam się jeszcze moim rewelacyjnym lifehackiem! Pora więc o nim napisać. Czasem, w trakcie wymiotowania zdarza się, że część pójdzie nosem. No cóż, dobrze chociaż, że nie uszami ;-) Jak zęby można umyć, gębę przepłukać płynem, a i z podrażnionym gardłem też da się jakoś uporać, tak nos, w którym zalegają resztki obiadu, potrafi nieźle dać się we znaki. Nie raz i ciągłe smarkanie (aż do kolejnego pawia), nie przynosi żadnych rezultatów. No i jeszcze ten drażniący zapach, którego nijak nie idzie się pozbyć. Tutaj niezbędny może okazać się spray do nosa. Psiknięcie takim psikaczem ułatwia pozbycie się wszystkiego w kilka minut. Świetny patent dla wszystkich ciężarówek, imprezowiczów oraz posiadaczy delikatnych żołądków. Polecam!

Tydzień 14

Aura ostatnio nie sprzyja i biometr jest chyba niezbyt korzystny. Do tego ciągły ból bardzo utrudnia mi normalne funkcjonowanie. Kiedy jest ładna pogoda, to marzy mi się spacer. I na marzeniach w większości przypadków się kończy. Jeszcze nieco ponad miesiąc temu byłam w stanie znieść wózek po schodach i przejść się kawałek. Odpoczynek na ławce i mogłam wracać. Albo koczowałam na tej ławce aż do powrotu Ślubnego z pracy, żeby nas ze spaceru zgarnął. Potem jeden-dwa dni odpoczynku, bo jednak miednica po takiej wycieczce dawała mi się we znaki (nawet jeśli była to mała wycieczka), i mogłam znów gdzieś wyjść. Teraz niestety, już samo zniesienie wózka ze schodów kończy się tym, że na półpiętrze rozglądam się za jakąś ławką, albo najlepiej szezlągiem, które być może ktoś akurat tutaj zostawił. Niestety, półpiętra w naszej kamienicy są małe i nawet taboretów nikt tam przypadkiem nie zostawia. Więc bez asysty tragarza z domu prawie nie wychodzę. No to może chociaż na balkon? Ależ z dziką przyjemnością! O ile akurat sąsiad nie pali papierochów na swoim balkonie. A że on lubi kopcić sobie fajki po kilkanaście razy dziennie, to nawet okna w pokoju nie da się otworzyć, bo zaraz smród w całym domu nie do wytwarzania. Więc tak oto siedzę sobie w domu, a raczej leżę, bo wtedy mniej mnie boli, wymiotuję i patrzę przez to zamknięte na ogół okno. A tam ostatnio tylko chmury i deszcz. I sąsiad z papierochem w gębie (jemu żadna pogoda nie straszna). No i ten biometr, wciąż tak bardzo niekorzystny…

Reklamy

One Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s