Kwartalny Cotygodnik Ciężarówkowy nr 1,5

Tydzień 15

Wiecie co jest w ciąży najbardziej stresujące? Przynajmniej dla mnie. Sytuacje, kiedy ktoś się mnie pyta o moje samopoczucie. Jak to jest ktoś „swój”, z kim widuję się niemal codziennie, kto wie jak jest i kto zdaje sobie sprawę z tego, że niestety ze mną ciąża obchodzi się brutalnie, to nie ma problemu. Wtedy mogę mu szczerze powiedzieć: „Do dupy, a nawet i jeszcze gorzej. I nie chcę nawet myśleć o tym, co mnie jeszcze czeka! Mam już serdecznie dosyć i tylko liczę dni do końca. Jak już dziecko będzie gotowe i zrobione, to pojadę do szpitala i powiem, żeby to ze mnie natychmiast wyciągnęli, bo ja już nie wytrzymam ani godziny! Serio!! Po Nowym Roku będzie 38 tydzień, więc jak tylko cała Służba Zdrowia wytrzeźwieje i dojdzie do siebie po tych wszystkich imprezach, to ja się tam zgłoszę i będę rodzić. Jeszcze nigdy aż tak bardzo nie wyczekiwałam Sylwestra. I to na dodatek nie mając żadnych planów, poza pilnowaniem, żeby torba z rzeczami do szpitala była przez cały czas pod ręką. A na wiosnę, jak tylko dorwę tego skurwysyna bociana, to mu jaja urwę! Nie tak się z nim umawiałam! Miał mi przynieść grzeczne dziecko płci dowolnej, takie już urodzone. Wpłaciłam mu zaliczkę i co? I mam brzuch jak beczka! I rzygam do tego, i… ehhh… szkoda gadać… A teraz jeszcze ten cham mi próbuje wmówić, że on niby takiej usługi w pakiecie nie ma i że to wcale nie jest prawda, że bocian dzieci przynosi, że to tylko taka bajka. Jaka bajka!? Z kapustą to jest baka i bujda na resorach! Szukałam, sprawdzałam i tam dzieciaków nie ma. Nawet w kiszonej nie znalazłam!”.

No, „swojemu”, to mogę tak powiedzieć. Ale komuś, z kim nie jestem aż tak zżyta? Kto nie zna mnie tak dobrze? Komuś, dla kogo ciąża, to cudowny, piękny, wyjątkowy, niesamowity i wspaniały czas oczekiwania na nadejście maleńkiego, słodkiego cudu, który  przez wiele miesięcy będzie srał i sikał pod siebie, gryzł matkę w cycki, darł się wniebogłosy o różnych niestworzonych porach dnia i no… [STOP! To wszystko po słowie „cudu” znalazło się tutaj zupełnie przez przypadek. Ot, chochlik drukarski. Udajcie, że czegoś takiego w ogóle tutaj nie przeczytaliście.] Komuś, kto ma inne poczucie humoru, niż ja? Podejrzewam, że gdybym komuś takiemu odpowiedziała podobnym tekstem, to już na drugi dzień do moich drzwi zapukałaby smutna pani w średnim wieku, ubrana w niemodną garsonkę i oznajmiłaby mi, że od dziś moja rodzina jest pod jej opieką i że zabiera mi dziecko, a moje widzenia z nim będą odbywać się tylko i wyłącznie pod nadzorem.
;-)

No i w takiej sytuacji, co mam odpowiedzieć komuś, kto nie jest aż tak bardzo „swój”? Wolę więc, aby nie zadawano mi tego typu pytań…

Tydzień 16

Ciąża, jak ciąża – co tu dużo pisać. Czuję się wciąż tak samo bardzo w ciąży, jak dotychczas. A nawet i jeszcze bardziej. Poza tym… przez ostatnie dni nastrój mam nie najlepszy. Może to kwestia pogody, która nas aktualnie nie rozpieszcza? Pewnie też nie bez znaczenia jest to, że od dłuższego czasu głównie leżę na kanapie i marzę o spacerze. A ja nie jestem typem, który został stworzony do siedzenia w domu. Źle to na mnie działa. Bardzo, bardzo źle…

Ale… :-)

W tym tygodniu w Krakowie odbywają się ŚDM. Szum i zamieszanie przed całym wydarzeniem było spore. Straszono milionowymi tłumami, paraliżem komunikacyjnym i początkiem końca świata. Chyba nikt tak na prawdę nie wiedział czego się po tym wydarzeniu spodziewać. My postanowiliśmy zostać w mieście i zobaczyć. Przy okazji przyjęliśmy pod nasz dach parę pielgrzymów. Bardzo ucieszył mnie ich przyjazd (a Hoganika chyba nawet jeszcze bardziej!). Nie jest mi łatwo zająć się domem, a ugoszczenie u siebie kogoś jeszcze zawsze jest dodatkowym wyzwaniem. Ma szczęście udało się nam zorganizować to tak, że spokojnie daję sobie ze wszystkim radę. Ale przede wszystkim, dostajemy w zamian tyle uśmiechu, wdzięczności i radości, że to całe pozytywnie zamieszanie w naszym domu dodaje mi sił. Ten kop motywacyjny i energetyczny, którego dostałam, z całą pewnością wart był wszystkich wysiłków! :-)
Przy okazji bardzo pozytywne były też spacery po Krakowie podczas ŚDM. Miasto czyściutkie jak nigdy i pełne wesołych, kolorowych ludzi z całego świata. Wszędzie panowała radosna, piknikowa atmosfera, która udzielała się każdemu! :-) Ludzie śpiewali piosenki we wszystkich językach świata, zagadywali, uśmiechali się, przybijali piątki duchownym, policjantom i zarażali wszystkich pozytywną energią. Jak dla mnie, ŚDM mogłoby trwać cały rok! I na dodatek zero korków na ulicach! Łał!

Tydzień 17

Po intensywnym tygodniu czas na zasłużony odpoczynek :-) Zresztą – mój organizm bardzo, bardzo się go domaga. Leżę więc sobie na kanapie, czytam książki i regeneruję się. Kiedy tylko jest pogoda, Ślubny zabiera nas na malutkie spacerki. Spacer i odpoczynek na świeżym powietrzu, to dla mnie jedne z najlepszych akumulatorów na świecie! (Szczególnie, jeśli większość czasu spędzam w dusznym mieszkaniu, w którym wszystko śmierdzi mi starą szafą…) A, że pogoda ostatnio dopisuje, to staram się ładować akumulatory na zapas ;-) Ach, no i jeszcze dotarł kurier z kawą bezkofeinową – moje życie od razu stało się piękniejsze! <3 Chill na miarę moich ciążowych możliwości.

 Tydzień 18

Cały ten tydzień spędziłam na huśtawce. Zaczęło się od deszczowej aury. Po poprzednim ciepłym i słonecznym tygodniu, to była bardzo przykra niespodzianka. Jestem meteopatą, a w ciąży wszelkie zmiany pogody odczuwam jeszcze bardziej. Na szczęście trwało to tylko parę dni, a długi weekend (wbrew temu, co głosiły wszelkie prognozy pogody) przyniósł słońce i optymizm :-) Przy okazji udało mi się odwiedzić znajomych, z którymi ostatnio widziałam się ponad dekadę temu. Ludzie, to kolejny z moich najskuteczniejszych akumulatorów. A tu jeszcze w pakiecie ze świeżym powietrzem, z dala od miasta – mój mózg naprodukował taką końską dawkę endorfin, że miałam ochotę biegać, skakać i koziołki fikać. Jednak weekend, mimo iż pogoda i nastrój dopisywały, był dość ciężki i męczący. Mały dostał gorączki. Na szczęście była to zwykła trzydniówka, która zaraz po weekendzie przeszła. Jednak wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni, co z kolei bardzo szybko przełożyło się na smętną atmosferę, panującą w domu. I znów zaczęło się oczekiwanie na nadejście kolejnego weekendu, żeby wreszcie móc odpocząć.

Tydzień 19

Co tu dużo kryć – niestety, ale ze mną ciąża obchodzi się brutalnie.
W pierwszej było jeszcze znośnie. Owszem, czułam się bardzo osłabiona i sporo wymiotowałam (do ok. 23 tygodnia), potem nastało te cudowne kilkanaście dni, kiedy czułam się na prawdę dobrze, a potem zamieniłam się w ciężkiego i wielgachnego słonia, który z trudem mógł chodzić, mimo iż bardzo, bardzo chciał chodzić na długie spacery. Kilka miesięcy po porodzie okazało się, że to wcale nie jest koniec tych moich wszystkich pociążowych męczarni i że przez najbliższe pół roku moim największym marzeniem będzie… móc wyjść na spacer :-)
Ale to wszystko, to i tak był pryszcz, w porównaniu z tym, co się dzieje z moim organizmem w drugiej ciąży! Teraz, problemy z chodzeniem pojawiły się już w pierwszym trymestrze i mam świadomość tego, że „móc wyjść na spacer” będzie moim największym marzeniem przez najbliższy… rok. O ile dobrze pójdzie. Bo może pójść źle i wtedy moje dziecko będzie już biegać, skakać, łazić po drabinkach, skakać na trampolinie i wołać „Mamo, choć poskacz się ze mną!”, a ja będę mu mogła odpowiedzieć jedynie „Wybacz kochanie, ale mogę co najwyżej pójść z Tobą na malutki spacerek, za rączkę, powolutku…”. A tak na prawdę, to marzy mi się, żeby wrócić do tańca. Jest to coś, co obydwoje ze Ślubnym kochamy i szalenie za tym tęsknimy. Zakładam wariant hiperoptymistyczny, że będziemy mogli pozwolić sobie na treningi już za jakieś dwa lata. Czyli po około czteroletniej przymusowej przerwie od tańca… Na dodatek, poza innymi perypetiami, które kosztowały mnie sporo zmartwień i łez, mój organizm jest już cholernie zmęczony tą pierwszą połową ciąży. Wyniki krwi mam tak fatalne, że do mojego codziennego menu wkroczyło pół apteki, a sam poranny rytuał zażywania leków na czczo trwa co najmniej godzinę. No i do tego jeszcze oczywiście specjalna dieta, której muszę pilnować. Przynajmniej tyle, że po kilku tygodniach takich żywieniowo-lekowych męczarni moje samopoczucie wyraźnie się poprawiło. Mam przynajmniej siłę choć minimalnie skupić się na tym co i o której godzinie powinnam zjeść lub zażyć.
A ociężałym słoniem czuję się już w tej chwili, mimo iż wciąż ważę mniej niż przed ciążą. Aż boję się pomyśleć co przyniesie mi ta druga połowa…

Tydzień 20

Ten tydzień zleciał mi tak szybko, że aż nie zauważyłam kiedy się skończył! Pogoda dopisywała, więc starałam się wykorzystać to na maksa! Spacery ze Ślubnym i dzieckiem do najbliższej ławki w parku, a w weekend nawet udało nam się zorganizować grill dla znajomych na działce. Co prawda za każde większe wyjście płacę później ogromnym zmęczeniem i nieprzyjemnym bólem, ale jeśli uda mi się poświęcić 1-2 dni na leżenie na kanapie i odpoczynek, to już na trzeci dzień jestem w stanie jakkolwiek funkcjonować.

No, ale skoro już jesteśmy na półmetku, to czas na małe podsumowanie:

  • waga: cały czas mniejsza niż przed ciążą (LOL!), aktualnie o 3 kg.
  • nudności: wciąż mdli mnie przez większość dnia, ale za to z rzygania kilka razy dziennie przeszłam na tryb wymiotuję raz na kilka dni. Coraz rzadziej zdarza mi się więc zażyć tabletkę i popić ją dwoma łykami wody, a następnie zwymiotować tabletkę i dwa łyki wody, a coraz częściej mój obiad zostaje w żołądku aż do całkowitego strawienia.
  • miednica: boli jak sto diabłów, ale wreszcie (po zmianie lekarza prowadzącego ciąże na takiego, który na większość moich pytań nie odpowiadał bezczelnie „Nie wiem”, „No i co ja pani na to poradzę?” lub ewentualnie był zdziwiony „Ale jak to pani wciąż wymiotuje, będąc już w drugim trymestrze!?”) dowiedziałam się, że ani mój stan zdrowia, ani stan dziecka nie jest aż tak beznadziejny, żebym nie mogła pozwolić sobie na ćwiczenia pod okiem fizjoterapeuty. Tak więc w przyszłym tygodniu, z pełnym błogosławieństwem lekarza prowadzącego ciążę, wreszcie rozpoczynam rehabilitację, która, mam nadzieję, mi pomoże, ułatwi mi życie i sprawi, że króciutki spacer nie będzie oznaczał dla mnie, iż najbliższej nocy nieprzyjemny ból będzie mi utrudniał zaśnięcie…
  • samopoczucie: po wprowadzeniu diety i rozpoczęciu suplementacji chyba wszystkich możliwych witamin i składników mineralnych poprawa jest wyraźnie odczuwalna! To też zasługa zmiany lekarza, bo tamten poprzedni na hasło „czuję się bardzo, bardzo źle, jestem szalenie osłabiona”, błyskotliwie odpowiadał mi „bo jest pani w ciąży” (Serio? Dzięki stary, że mi to uświadomiłeś! W życiu bym się nie domyśliła!). Wciąż jednak męczę się tysiąc razy szybciej, niż normalnie, robi mi się słabo i drzemka przez dzień (lub czasem nawet dwie) to niezbędna do przeżycia konieczność. A o 22 najprawdopodobniej już śpię.
  • nastrój: ciążowej huśtawki emocjonalnej ciąg dalszy, ale na szczęście w tej kwestii również jest o niebo lepiej, niż było jeszcze kilka tygodni temu. I mam nadzieję, że ta hossa się utrzyma.
  • Wciąż odliczam dni i tygodnie do końca… Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, bym tak długo i z takim utęsknieniem wyczekiwała Sylwestra, nie mając na ten wieczór totalnie żadnych planów, poza „Siedzieć w domu na tyłku, czekać do Nowego Roku i pilnować, by walizka z rzeczami do szpitala cały czas była pod ręką”, i równocześnie mając głęboką nadzieję, że uda mi się zrealizować całą tą moją sylwestrową listę „to do”.
  • Dalej odpowiadam na te wszystkie cholernie irytujące i pełne kurtuazyjnej troski pytania „Jak się czujesz?”. A teraz nawet częściej, bo już wyraźnie widać, że jestem w ciąży. Drogi człowieku, apeluję do Ciebie: przeczytaj sobie jeszcze raz początek tego Krawtalnika – moją relację z tygodnia 15, zapamiętaj ją sobie, a najlepiej wydrukuj, noś w portfelu i czytaj za każdym razem, kiedy masz zamiar spotkać się z jakimś ciążozaurem. Ciężarna, jeśli się dobrze czuje, to zapewne będzie tryskać energią na kilometr i skakać jak nastolatka na dyskotece, więc co do jej samopoczucia nie będziesz mieć absolutnie żadnych wątpliwości. A jeśli widzisz ciężarną, która zachowuje się normalnie, to zapewne czuje się ona normalnie (oby), lub czuje się źle. Nawet jeśli wygląda na zadbaną, ładną i uśmiechniętą, to wierz mi – spodziewała się tego spotkania, więc się ogarnęła, zmobilizowała, ubrała, uczesała wymalował i już nie wygląda jak jęczące zwłoki leżące na kanapie. Więc jeśli tylko owa ciężarna zniknie Ci z oczu, to zapewne znów walnie się na kanapę, zacznie jęczeć i wyglądać jak siedem nieszczęść.

Kwartalnik miał być co kwartał. Ale ten tekst już po kilku tygodniach zrobił mi się tak obszerny, że postanowiłam podzielić go na pół ;-)

 

Advertisements

One Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s