Kwartalny Cotygodnik Ciężarówkowy nr 2 oraz 2,5

Tydzień któryś tam, kolejny, następny i chyba jeszcze jeden… albo może nawet i dwa lub trzy…

Przez ten czas działo się wszystko. Serio, wszystko. Nie wiem jak to się stało, że te… miesiące, bo ciężko byłoby już liczyć ten czas w tygodniach, minęły tak szybko.

Totalne zakręcenie i zabieganie…

Tydzień 28

To już chyba trzeci trymestr, co nie? Uff… czuć… Może i po mnie tego nie widać, bo ja zawsze byłam tak chuda, że nawet cienia nie rzucałam (w ciąży również!), ale czuję się jak słoń. Tak, tak, wciąż ważę mniej niż przed ciążą! Aktualnie o 1kg, ale i tak czuję, że mój brzuch waży prawie z pół tony. Już ledwo go dźwigam! A tu jeszcze trzy miesiące przede mną… Poprzednie tygodnie były bardzo bardzo zakręcone, ale to głównie dzięki temu, że czułam się nieco lepiej niż w pierwszej połowie. (Co wcale nie oznacza, że czułam się dobrze! Co to, to nie. Takie rzeczy w ciąży się absolutnie nie zdarzają!) Trwało to niestety tylko do końca drugiego trymestru. Teraz dalej nie ma tragedii i wciąż jestem w stanie jakoś tam funkcjonować. Jakoś tam. Bo z każdym kolejnym tygodniem coraz bardziej mi ta ciąża ciąży…

Ciąża, to jest w ogóle taki stan, kiedy organizm kobiety (cały, łącznie z mózgiem!) może zgłupieć. I to zgłupieć totalnie. Dzieją się z nim różne dziwne i zupełnie niezrozumiałe rzeczy. Ale nie powinno to nikogo dziwić. Bez względu na to która to jest ciąża i który miesiąc, po prostu powinno przyjąć się do wiadomości, że dzieje się z ciężarną coś takiego, co nigdy wcześniej się jej nie przytrafiało, ale że już za kilka miesięcy to minie. Jeśli jesteś w ciąży i coś Cię to niepokoi, to zwróć się do lekarza. O ile ma to w ogóle jakąkolwiek szansę zmienić cokolwiek. Na większość dolegliwości ciążowych, od tych najczęstszych, aż po najrzadziej spotykane, od tych mniej, do bardziej upierdliwych i zupełnie wręcz absurdalnych, lekarstwo jest zazwyczaj jedno i to samo – cierpliwie poczekać aż się skończy. I gro specjalistów po pytaniu o taką, czy siaką dolegliwość bezradnie rozkłada ręce, mówiąc: „No wie Pani, jest Pani w ciąży…”. Mnie, w tej chwili już chyba nic nie dziwi. Po prostu przyjmuję do wiadomości „Ok, tak teraz mam.” i z niecierpliwością odliczam dni do końca.

Dagmara z bloga Cała Reszta wrzuciła ostatnio fajny tekst o samopoczuciu w ciąży. Widzę, że nie tylko mnie ciąża inspiruje do tego, by poskarżyć się światu jaki to kataklizm mnie dopadł, zamieniając moje życie w istne piekło na okres 9 miesięcy. A taka potrójna ciąża, to musi być na prawdę niesamowita muza, skoro nawet po kilku latach wciąż podsyca wenę… Rzućcie sobie okiem w wolnej chwili na tekst i na komentarze pod nim ;-)

Tydzień 29

Ok, żarty się skończyły. Teraz już nie mogę biegać sobie radośnie gdzie tylko bym chciała i robić do woli wszystko co tylko bym chciała. Pal licho, że męczę się znacznie szybciej – kwestia częstotliwości, ilości i długości odpoczynków zawsze jest do ogarnięcia (przynajmniej w pewnym stopniu). Ale problem jest z goła inny – każda wycieczka, czy większy wysiłek kończą się nieprzyjemnym bólem. Jeden spacer oznacza więc zazwyczaj jeden dzień leżenia (szczęście w tym nieszczęściu jest takie, że pogoda ostatnio niekoniecznie sprzyja spacerom). A po rehabilitacji było już tak dobrze! No ale czegóż innego ja się spodziewałam – przemiły pan rehabilitant na do widzenia po zakończonej serii zabiegów powiedział mi, że przecież i tak się znów spotkamy po nowym roku. Pomyślałam wtedy „Nie! Mam nadzieję, że się już nie zobaczymy! Że nie będzie takiej potrzeby…”, więc teraz muszę jak najwięcej ćwiczyć i w miarę możliwości jak najwięcej się oszczędzać.
A nosi mnie teraz jak cholera i cierpię na nadmiar kreatywności, którą koniecznie muszę jakoś spożytkować…

Tydzień 30

Ładna, okrągła liczba, więc czas na małe podsumowania  i statystyki. Pod koniec zeszłego tygodnia udało mi się dobić wreszcie do wagi sprzed ciąży (nie wiem, czy to powód do radości, czy wręcz przeciwnie…). Przy okazji, czas najwyższy przy okazji uporać się z kilkoma mitami ciążowymi i około ciążowymi, które udało mi się dotychczas obalić. A mam już prawie dwie ciąże za sobą. Więc jedziemy z tym koksem:

  • Piękne włosy i paznokcie w ciąży – o lśniących, długich włosach u ciężarnych i paznokciach tak pięknych jak nigdy, naczytałam się sporo na początku pierwszej ciąży (kiedy akurat udało mi się wyjąć głowę z kibla). I w pierwszej i w drugiej ciąży stan moich włosów i paznokci przez pierwsze dwa trymestry był gorzej niż fatalny. Włosy wypadały garściami, a paznokcie łamały się na potęgę i rozwarstwiały całymi płatami. Nigdy, ale to przenigdy nie dopadła mnie gorsza tragedia włosowa i paznokciowa niż w ciąży. W trzecim trymestrze z kolei wszystko wróciło do normy (w pierwszej ciąży być może z pomocą intensywnej pielęgnacji którą rozpoczęłam w połowie ciąży, a w drugiej już tak zupełnie samo od się). I nie było żadnych spektakularnych efektów WOW. Po prostu jest tak, jak zazwyczaj, kiedy nie jestem w ciąży. Więc skąd ten cały zachwyt nad włosami i paznokciami ciężarnych? Może po prostu stąd, że w przeciągu zaledwie paru tygodni, ni stąd ni zowąd, cała ta katastrofa paznokciowo-włosowa się kończy. Tak po prostu, pstryk i nie ma! (Dla mnie to idealny czas, żeby pójść do fryzjera i pozbyć się ostatnich śladów po kataklizmie pierwszego półrocza ciąży, w postaci końcówek rozdwajających na długości 5-8 centymetrów…)
  • Wypadające włosy po ciąży – nie zaobserwowałam. Serio. Po pierwszej ciąży włosy wcale nie wypadały mi bardziej, niż zazwyczaj o tej samej porze roku w poprzednich latach. Wypadać zaczęły dopiero, kiedy zaszłam w kolejną ciążę…
  • Nudności są tylko w pierwszym trymestrze – taaa… Ja wymiotowałam nawet pod koniec drugiego, a nudności, na szczęście już mniej intensywne, to mam cały czas. Podobnie jest z wrażliwością na zapachy. Przez całe 9 miesięcy Ślubny najczęściej słyszy ode mnie komplement o treści „Śmierdzisz!”. Bo śmierdzi mi wtedy wszystko: ludzie, meble, jedzenie, ubrania, pościel, zasłony i firanki, kosmetyki…
  • Zachcianki ciążowe i niesamowity smak jedzenia w ciąży – w pierwszej ciąży nie miałam żadnych szczególnie wyszukanych zachcianek. No, może poza zwiększonym zapotrzebowaniem na bezkofeinową kawę mrożoną i lody. Nie miałam ochoty na słodycze, ale za to na potęgę jadłam owoce (banany w obydwie strony smakują identycznie!). Żadne ogórki kiszone z miodem, ani kisiel malinowy z musztardą, ani BigMac z podwójnymi frytkami oraz shake mleczny o 3 nad ranem – nic z tych rzeczy. I też nie odczułam, aby smaki w ciąży były bardziej intensywne lub niesamowite. Raczej zdarzały mi się epizody krótkotrwałych (jednodniowych) zaburzeń odczuwania jakiegoś konkretnego smaku – na przykład ugotowałam zupę, która dla mnie była zupełnie nie ostra, ale wszyscy inni mówili, że mocno pali ich w przełyku. Na drugi dzień moje kubki smakowe wróciły do normy. Faktycznie, wtedy zupa okazała się cholernie pikantna, a ostre papryczki, które dzień wcześniej beztrosko podjadałam Ślubnemu z talerza całymi garściami, wyciskały mi łzy z oczu…
    W drugiej ciąży również nie było żadnych szczególnych sensacji. Standardowo, pochłaniałam owoce w każdych ilościach. No i przez jakiś czas (w trakcie największych upałów), miałam smaka na piwo. Białe pszeniczne, żadne inne. (Zachcianka na piwo to jest chyba najgorsza katusza wśród ciążowych zachcianek!).
    Dopiero kiedy pojawiła się u mnie cukrzyca ciążowa odkryłam, że ten, kto wymyślił mit o tym jak cudownie jest cieszyć się jedzeniem w ciąży, w życiu do czynienia z cukrzycą nie miał! Posiłków musisz jeść tyle, że już na palcach jednej ręki nie jesteś ich w stanie policzyć. Jabłko to nie posiłek. Kanapka ewentualnie może być posiłkiem. Ale też nie byle jaka, bo sporej ilości produktów nie możesz jeść. Zwykłego chleba też nie możesz jeść. Makaron – tylko razowy i nierozgotowany, ryż – jedynie brązowy i również nie może być rozgotowany, ziemniaki – wyłącznie gotowane i nie gniecione i żadna inna postać (puree, albo co gorsza smażone lub pieczone). Nie możesz mieć zbyt dużych przerw między posiłkami, więc wszystko z zegarkiem w ręku. I co chwilę wbijasz sobie igłę w palec i mierzysz poziom cukru we krwi. I wtedy pojawia Ci się nietypowa zachcianka ciążowa – żeby ktoś wymyślił dietę pudełkową dla kobiet z cukrzycą ciążową, kompletną, idealnie dopasowaną do Twoich potrzeb i najlepiej jeszcze w przystępnej cenie…
    Jeśli na badaniu krwi (rano na czczo), jakiś bezczelny zakręcony moher zacznie robić zamieszanie wśród pielęgniarek pobierających krew i ludzi czekających w spokoju na swoją kolej, i okaże się, że zamiast czekać na badanie 10-15 minut, czekasz godzinę (true story!), to wiedz, że przez najbliższe kilka godzin Twój glukometr będzie piszczał wniebogłosy przy każdym odczycie, bez względu na to co i kiedy będziesz jeść. A Twój diabetyk załamie ręce. Podziękuj więc tej durnej moherowej babci i życz jej, żeby zdążyła się wyrobić z tymi wszystkimi cholernie pilnymi i nie cierpiącymi zwłoki sprawami, które miała akurat tego dnia rano do załatwienia…
    Aha i jeśli jeszcze do tego przy okazji musisz zażywać jakieś leki na czczo, odpowiednią ilość czasu przed jedzeniem (na przykład tak jak ja masz Hashimoto i anemię ciążową), to najlepiej strzel sobie od razu w łeb. Trzy budziki co pół godziny, podczas gdy za oknem jest jeszcze noc, wykończą Cię nerwowo już po kilku dniach.
    No i oczywiście, do tego wszystkiego w ostatnich miesiącach ciąży pojawia się zgaga. Cholerna, masakryczna i permanentna. Po każdym posiłku. Przed też. W sumie, to piecze w gardle przez cały czas.
    W obliczu takich okoliczności jedzenie w ciąży staje Twoją największą katorgą….
  • Seks w ciąży jest niezapomniany – owszem, nie da się zapomnieć tych kilku pojedynczych epizodów, kiedy akurat:
    – nie wymiotujesz
    – nie masz nudności
    – Twój facet nie śmierdzi
    – nic innego wokół Ciebie nie śmierdzi
    – nie jesteś aż tak senna, że nie masz siły na nic
    – nie bolą Cię cycki tak masakrycznie, że nie da się nawet do Ciebie przytulić
    – nic innego też Cię nie boli
    – nie męczysz się po dwóch minutach robienia czegokolwiek, nawet leżenia
    – nie jesteś ociężałym dinozaurem, który z trudem się porusza i sapie nawet drapiąc się po nosie
    – dziecko nie kopie Cię tak boleśnie, że aż chce Ci się płakać
    – nie masz typowego dla ciąży emocjonalnego dołka
    bo tylko i wyłącznie wtedy, kiedy zaistnieją wszystkie te okoliczności równocześnie, oraz jeszcze kilka innych, to wtedy istnieje szansa, że przydarzy Ci się w ogóle jakikolwiek seks. Ale nie licz na żadne trzęsienie ziemi. Bez ciąży ten seks wcale nie byłby gorszy, ale za to z całą pewnością nie byłby obwarowany tyloma różnymi obostrzeniami co do sprzyjających okoliczności. I przede wszystkim, nie przeszkadzałby Ci ten wielgachny brzuch…
  • Kolejną ciążę przechodzi się lepiej – ja ten mit obaliłam solidnym kopniakiem. Najgorsze było to, że to wcale nie ja kopałam ów mit, tylko ciąża skopała mnie tak drastycznie, że mit aż padł z wrażenia. Każda ciąża i każdy poród, nawet u tej samej kobiety przebiegają inaczej. Czasem okazuje się, że ta druga ciąża mniej daje się we znaki niż pierwsza, że drugi poród trwa krócej niż pierwszy… Ale nie zawsze. Ja w tej ciąży między innymi: wymiotowałam dłużej, ale nieco mniej intensywnie niż w pierwszej (co jest jest lepsze?), mniej mi śmierdzi, chociaż i tak ledwo wytrzymuję (więc to niech będzie in plus), miałam znacznie większą niż poprzednio anemię, dopadła mnie cukrzyca ciążowa, której nie miałam w pierwszej ciąży, szybciej pojawił się ból i jestem mniej sprawna. Więc ja akurat drugą ciążę przechodzę o wiele gorzej, niż pierwszą. I nie spodziewam się też, że poród będzie trwał krócej – zresztą, gdyby tak było, to pewnie urodziłabym w taksówce, w drodze do szpitala…
  • Po 6 tygodniach organizm kobiety wraca do stanu sprzed ciąży, można zacząć ćwiczyć itp. – no, generalnie to tak, podobnie jak ciąża trwa 40 tygodni, a cykl menstruacyjny 28 dni. Ale tak samo jak dziecko wcale nie musi urodzić się dokładnie 40 tygodni po ostatniej miesiączce, która wcale nie musi się pojawiać równiutko co 28 dni, tak samo połóg wcale nie musi trwać 6 tygodni. Czasem nawet po kilku miesiącach kobieta dowiaduje się, że coś jednak wciąż jest nie tak, jak być powinno. Pociążowe i poporodowe problemy ze zdrowiem to wcale nie są fajne rzeczy i wcale nie zdarzają się tak rzadko, jak byśmy sobie tego życzyły. Więc, drogie świeżo upieczone mamy, nawet, jeśli lekarz na kontroli po połogu powie, że jest OK i jeśli wydaje Wam się, że czujecie się dobrze, to błagam, nie szarżujcie! To nie wyścigi która pierwsza wskoczy w adidasy i zacznie uprawiać poranny jogging z niemowlakiem w wózku i endomondo w kieszeni. Nie wyznaczajcie sobie żadnych restrykcyjnych terminów, w których koniecznie musicie osiągnąć jakąś tam konkretną wagę, wprowadzić super dietę, ubrać znów wasze ulubione obcisłe skinny jeansny sprzed ciąży i przebiec maraton. Na wszystko przyjdzie czas. A jak zbyt szybko i zbyt intensywnie zaczniecie wymagać cudów od swojego organizmu, to może się okazać, że ten czas przyjdzie dużo, dużo później.
  • Przez jakiś czas po ciąży nie ma okresu – u mnie ten „jakiś czas” trwał dokładnie dwa tygodnie. Co do dnia. Nie mniej, nie więcej 14 dni. I to nie był jednorazowy epizod, bo potem miałam okres co 2 tygodnie, a po dwóch miesiącach co 3 tygodnie. Z zaskakującą i niespotykaną jak nigdy regularnością! I to nie było jakieś tam plamienie, tylko normalny, pełnowymiarowy okres morderca, który trwał tydzień, bolał jak sto diabłów i wykańczał mój organizm aż do stanu totalnej niezdatności do użytku. Niektórzy twierdzą, że póki się karmi dziecko piersią, to nie ma okresu. Bujda na resorach! Ja karmiłam od urodzenia, aż do dnia, kiedy zupełnie skończył mi się pokarm. A okres, bez względu na karmienia, szalał sobie w najlepsze. Dopiero zabiegi refleksoterapi pomogły mi wrócić do normalności.
  • Bezpłodność laktacyjna – dobra, tego mitu akurat nie próbowałam nawet obalić, więc w sumie nie powinien on się tutaj znaleźć, ale dam sobie głowę uciąć, że metoda ta jest równie skuteczna, co okadzanie się dymem z wilgotnej gałązki brzozy rosnącej na cmentarzu i urwanej z drzewa o północy w trakcie pełni księżyca. Dlatego go tu umieszczam. To mit z tej samej serii, co wpływ karmienia piersią na menstruację. Bardzo możliwe, że istnieją takie kobiety, u których bezpłodność laktacyjna faktycznie występuje, tak samo, jak istnieją kobiety, które w ogóle nie wymiotują w ciąży i przez całe 9 miesięcy czują się bardzo dobrze (a nawet i lepiej niż zwykle!). Ale występowanie bezpłodności laktacyjnej traktowałabym bardziej jako jedną z ewentualnych przyczyn kłopotów z zajściem w ciążę, jeżeli karmi się starsze dziecko, niż jako jakąkolwiek z metod planowania rodziny.

Tydzień 31

Niektórzy zastanawiają się po jaką cholerę ja piszę te wszystkie pierdoły, te tygodniki kobiety ciężarnej. Po co zalewać internet takimi rzeczami. Śpieszę z wyjaśnieniami: nie ma to żadnego większego celu ani sensu. Po prostu chciałam to wszystko opisać, mieć po tym jakiś ślad. Decydując się na drugie dziecko, wiedziałam co mnie czeka. Pierwszą ciążę znosiłam  nie najlepiej i spodziewałam się, że druga wcale nie będzie łatwiejsza. Ba! Zdawałam sobie sprawę, z tego, że zapewne będzie dużo gorzej. Wiedziałam, że czeka mnie ponad rok bardzo ciężkiego życia. Ciąża, potem powrót do zdrowia i kilka miesięcy intensywnej rehabilitacji, zanim będę w stanie w ogóle wyjść na spacer z własnymi dziećmi… Wiedziałam, że to będzie bardzo ciężki okres w moim życiu, najcięższy, jaki dotychczas mnie spotkał. Że chwilami ledwo będę miała siłę zająć się sama sobą, a będę musiała przecież jeszcze zadbać o kilkunastomiesięcznego syna. Że będę się źle czuć, że będę osłabiona, że przez wiele miesięcy będę się męczyć z bardzo nieprzyjemnym bólem.
I co chyba z tego wszystkiego najgorsze – po poprzedniej ciąży i urlopie macierzyńskim czeka mnie kolejna ciąża i urlop macierzyński, które spędzę głównie siedząc w domu i będąc w dużym stopniu zależną od innych. Nawet, gdybym chciała inaczej, to niestety zbyt wielkiego pola manewru nie mam. Ciążę, i jedną i drugą, znosiłam na tyle fatalnie, że lekarz prowadzący wysłał mnie na zwolnienie dość szybko. Końcówkę pierwszej ciąży musiałam leżeć, co było dla mnie, osoby kochającej się ruszać, totalną katastrofą. A po porodzie, mimo iż marzyłam o byciu aktywną, wszędobylską mamą z dzieckiem w chuście, musiałam na wiele miesięcy zapomnieć o spacerach. Schować chustę na dno szafy i zająć się swoją rehabilitacją. Teraz, w tej ciąży już doskonale wiem, że chusty nie ma nawet sensu odkurzać, a długi spacer, to marzenie tak odległe, że nawet boję się myśleć kiedy wreszcie uda mi się je zrealizować. Nie chcę już nawet liczyć ile to w sumie będzie… lat, spędzonych w domu, gdzie prawie każde wyjście to spore przedsięwzięcie organizacyjne, opłacone na dodatek obolałą miednicą i kręgosłupem. Więc może zasłonę milczenia spuszczę na to w jakim stanie psychicznym ja się teraz znajduję…

Doskonale rozumiem teraz te wszystkie schorowane osoby, które stają się zgorzkniałe. Ja też teraz szybciej się irytuję, tracę cierpliwość, jestem marudna i narzekająca, a ludzie zazwyczaj po prostu mnie drażnią i czasem jestem dla nich opryskliwa i niemiła. Nie lubię być w ciąży i nie lubię ciężarnej siebie. To jest niełatwy czas zarówno dla mnie, jak i dla moich bliskich.
Zresztą Ślubny trafnie podsumował czym jest dla nas cały ten okres. Ma biedak teraz prawie cały dom na głowie, po pracy wraca i wszystko na jego barkach – dziecko, dom, zakupy… Co mogę to robię, a że mogę niewiele, więc robię tylko to, co konieczne. I kilka dni temu Ślubny zmęczony całym tym maratonem padł wieczorem na wyrko, powiedział jedno zdanie i usnął jak kamień:

Te pół roku temu, kiedy dowiedziałem się, że będziemy mieli kolejne dziecko, to nie pamiętałem już, jak jest ciężko, kiedy jesteś w ciąży…

Może kiedyś, jak ktoś przez przypadek na to trafi i sobie poczyta te moje pamiętniki, to być może zmieni się w jego głowie obraz ciąży. Bo wiele osób uważa, że ciąża to najwspanialszy i najpiękniejszy okres w życiu kobiety, radosne oczekiwanie na cud narodzin, beztroskie wydawanie majątku na słodką wyprawkę dla malucha… A do tego jeszcze taka baba w ciąży ma same przywileje: wszędzie może wejść bez kolejki, wszędzie ma miejsce siedzące, a na dodatek jeszcze przysługuje jej L4 i płatny roczny urlop macierzyński po urodzeniu dziecka. Przykro mi bardzo, drodzy Państwo, ale ciąża wcale nie jest tak cudowna, jak to się może wydawać na pierwszy rzut oka. Wiele osób krzywo patrzy na ciężarne, które siedzą w domu tyyyyle miesięcy, nic wielkiego do roboty nie mają, a mimo to wyglądają na zmęczone, są zaniedbane i wcale nie promienieją.

Koleżanki czasem do mnie piszą: „Ależ ja Ci zazdroszczę! Też bym tak chciała jak Ty – kochający mąż, słodki synek i córeczka już drodze! Ale cudownie!”. Tak, to prawda, jest czego zazdrościć, bo to przecież szczyt marzeń niemal każdej kobiety na jakimś etapie jej życia. Marzeń, które dla niektórych kobiet mogą nigdy się nie spełnić. Ale to nie są rzeczy, które się dostaje za darmo, albo wygrywa na loterii. Na to trzeba sobie ciężko zapracować, za to się słono płaci. Nawet nie w złotówkach, czy dolarach, tylko we własnym zdrowiu. Płaci się za to bólem, łzami, wieloma wyrzeczeniami… Czy warto? Tak, warto. I nie żałuję. Ale za każdym razem, kiedy ktoś mi pisze, że mi zazdrości, ja mam ochotę mu odpisać: „A ja Ci zazdroszczę tego, że codziennie wychodzisz do pracy i spotykasz tam ludzi. Zazdroszczę Ci tego, że możesz sobie tak zupełnie beztrosko, w każdej chwili wyjść gdzie chcesz, kiedy chcesz i na jak długo chcesz. Zazdroszczę Ci, że wyjeżdżasz z ukochanym na romantyczne wakacje, chodzicie na randki do kawiarni, na koncerty, imprezy. I przede wszystkim, zazdroszczę Ci tego, że możesz pójść na spacer. Tak po prostu, na zwykły spacer…”
Zamiast rozglądać się który z sąsiadów ma bardziej zieloną trawę, po prostu cieszcie się tą trawą, którą macie Wy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s