Drewno i sutasz z historią

Gdzieś tak na początku roku, w jednym z postów zaczęłam opowiadać Wam pewną historię. Dziś pojawi się jej zakończenie :-)

Wspomniałam o tym, że znalazłam kilka sztuk starych, drewnianych korali i kolczyków, w których już od wieków nie chodzę. Nie pamiętam skąd się one u mnie wzięły i kiedy miałam je na sobie po raz ostatni (o ile w ogóle kiedykolwiek je ubrałam!). No cóż, przyznać muszę, że ta biżuteria nie grzeszyła zbyt powalającym urokiem. Raczej rzucała uroki na patrzącego, zmuszając go do natychmiastowego schowania jej znów głęboko na dno kuferka. Na szczęście wtedy, w lutym, udało mi się ów zły urok odczarować i postanowiłam rozmontować kolczyki oraz dwie pary z tych korali i coś z nich zrobić. Obiecałam pokazać kiedyś to tajemnicze „coś”. No i dziś mogę już pochwalić się tu przed Wami jaki jest efekt końcowy odczyniania tego złego uroku ;-)

Jakoś niecały rok temu odkryłam haft sutasz i wkręciłam się w niego na maksa. Pierwsze z moich sutaszowych prac wyglądały… okropnie i moja dusza perfekcjonistki bardzo cierpiała. Zresztą – do dziś trochę cierpi, gdy tylko zobaczy jakąkolwiek niedoskonałość w moich rękodzielniczych tworach. Zazwyczaj nikt inny nie jest w stanie nic dostrzec, nawet kiedy mu pokazuję i mówię „No popatrz! Tutaj jest krzywo! To nie jest idealnie proste! Przyłóż linijkę, to na pewno to zobaczysz!”. Oczywiście nikt nie wie o co mi chodzi (albo wszyscy zgodnie mnie okłamują!), ale oczywiście  ja jestem załamana porażką i dramatyzuję.

Ale też właśnie to jest wyjątkowe w rękodziele – że nie jest ono perfekcyjne, że każda rzecz jest nieco inna od pozostałych, na pozór identycznych i każda z tych ręcznie robionych rzeczy ma swoją własną, odrębną i wyjątkową historię. Nawet, jeśli rękodzielnik tworzy kilkadziesiąt takich samych rzeczy, to jednak każda różni się od pozostałych w drobnych szczegółach, które dostrzeże tylko i wyłącznie twórca. To jest niesamowite, że jeśli tworzysz rzeczy z pasją, to kiedy weźmiesz do ręki jedną z nich i pooglądasz ją uważnie, to od razu uśmiechniesz się do siebie i pomyślisz „A tutaj przeciąg strasznie trzasnął drzwiami i ręka mi zadrżała. A to robiłam słuchając ulubionej piosenki i jakoś tak miałam więcej odwagi i kreatywności, żeby trochę poeksperymentować i wyszło lepiej! A to powstawało w pociągu na kolanie – doszłam już do takiej wprawy, że mogłam rozłożyć moją manufakturę w każdych dowolnych warunkach…”. W każdym rękodziele zamknięta jest dusza, jakaś cząstka twórcy, jego czas i serce, które włożył w tworzenie i właśnie ta wyjątkowa historia, która stoi za powstaniem tej jednej, konkretnej rzeczy. Historia, która się już nigdy nie powtórzy.

A jaka jest dzisiejsza wyjątkowa historia?

Kiedy już rozmontowałam starą, drewnianą biżuterię na czynniki pierwsze i posegregowałam koraliki na rozmiary, zaczęłam szyć z nich zawieszkę w sutaszu. Luty, to już był taki czas, kiedy moje prace zaczynały wyglądać na tyle dobrze, że nie dostawałam ataku histerii na ich widok (zresztą, jakiś czas później zaczęłam niektóre z nich publikować na blogu i na Facebooku). I właśnie jedną z pierwszych prac, która wreszcie wyglądała zadowalająco, była właśnie zawieszka z drewnianych koralików. Powstawała przez kilka tygodni. Chyba z tysiąc razy prułam ją i szyłam jeszcze raz. Ale po jakimś czasie wreszcie uznałam, że jestem zadowolona z efektu. Zawiesiłam ją na pasującej kolorystycznie tasiemce i z dumą nosiłam po domu przez około dwa dni, kiedy to dziecko się do niej dobrało i zerwało zapięcie. I tak oto, moja rękodzielnicza duma i chluba na długi czas utknęła gdzieś w stercie rzeczy do naprawienia.

Potem powstało jeszcze kilka innych  prac (z których część nawet udało mi się dokończyć! ;-), a ja zupełnie zapomniałam o tej mojej pierwszej udanej sutaszowej robótce. Dopiero kilka miesięcy później wygrzebałam gdzieś znów te drewniane koraliki, których wciąż było całkiem sporo. Przypomniałam sobie wtedy o zawieszce i stwierdziłam, że dorobię do niej kolczyki. Niestety nie byłam w stanie jej wtedy zlokalizować, a odtwarzanie czegoś po prawie pół roku, nie mając nawet żadnego zdjęcia oryginału, jest dość trudne, więc na jakiś czas sobie to darowałam. Kilka tygodni później, przy okazji jakiś porządków udało mi się wreszcie dogrzebać do zawieszki, ale zupełnie nie miałam wtedy czasu się tym zająć. Więc zawieszka znów wylądowała gdzieś na dnie pudła ze sznurkami sutasz, koralikami, kamieniami, nićmi, igłami i innymi półfabrykatami.

Kiedy wreszcie udało mi się usiąść do tej robótki, zrobienie kolczyków okazało się dość trudnym wyzwaniem. Szyjąc zawieszkę wybrałam do niej najmniejsze koraliki spośród wszystkich, które miałam, więc robienie kolczyków jakkolwiek pasujących do zawieszki okazało się sporym wyzwaniem. Znów ciągłe prucie i zszywanie – doszłam do wniosku, że ta robótka po raz kolejny musi poczekać na lepszy czas i na przebłysk kreatywności.
Na szczęście tym razem przyszedł on dość szybko, bo jeszcze tego samego dnia wieczorem. Zawieszka była nieduża – ok. 3cm, więc po prostu… postanowiłam, że od teraz będzie kolczykiem ;-) Takie to proste i oczywiste, i doprawdy nie wiem czemu nie wpadłam na to od razu.
Przez kolejne dwa dni powstawał drugi kolczyk.

Prawie skończone kolczyki przez następne parę tygodni czekały na dalszy ciąg historii. Powstało przez ten czas kilka kolejnych prac (między innymi słodka pszczółka, do której te same drewniane koraliki znów poszły w ruch i która też powstawała w kilku etapach), a ja zdążyłam wyposażyć się w nowe, lepsze igły. W zeszłym tygodniu udało mi się wreszcie dokończyć wszystko – kolczyki zamontowałam na biglach, a z większych koralików uszyłam pasującą do nich zawieszkę. Tym razem zawieszka powstała bardzo szybko, bo w zasadzie w jeden dzień i nawet nie szczególnie się przy niej starałam, bo przy okazji robiłam kilka innych rzeczy.

Drewno w sutaszu

Zawieszka i kolczyki powstały z koralików z ciemnego drewna w różnych rozmiarach, sznurków sutasz w kolorach: fioletowym, kobaltowym, butelkowej zieleni i miodowym, oraz drobnych koralików. Zawieszka wisi na trzech cienkich sznureczkach w pasujących do niej odcieniach fioletu i niebieskiego i granatu.

2
(Niestety, całe nasze mieszkanie jest dość ciemne, a już w szczególności jesienią i zimą, kiedy słońce nie zagląda tu w ogóle i wszędzie na okrągło świecą się wszystkie żarówki. Dlatego zrobienie tu jakiegokolwiek zdjęcia graniczy z cudem. A już sfotografowanie czegoś, co ma jakikolwiek połysk, na przykład biżuterii, jest w ogóle niemożliwe. Więc musicie mi na słowo uwierzyć, że wszystkie kolory są właśnie takie jak napisałam i że nie ma tam żadnego odblaskowoniebieskiego, zgniłozielonego, szarego, czarnego ani innych dziwnych odcieni… A ja obiecuję, że w najbliższym czasie ogarnę wreszcie temat namiotu bezcieniowego jakiegoś sensownego światła do robienia zdjęć.)

Od spodu biżuteria podklejona jest filcowymi listkami w żółtym kolorze. Więc nawet „lewa strona”, jeśli przez przypadek wyjdzie na wierzch, będzie wyglądać ciekawie.

3

Tym razem pudełeczko ma kształt diamentu. Jest dość ciekawe, acz spodziewałam się nieco innego efektu. Mam nadzieję, że przy kolejnym podejściu wyjdzie mi lepiej.

4

Drewniane kolczyki i zawieszka miały swoją długo wyczekiwaną premierę w miniony weekend. Dobrze się w nich czuję i fajnie wyglądam w tych kolorach. A poza tym, miło jest ubrać się w tak wyjątkowy kawałek swojej własnej rękodzielniczej historii. Każdy z elementów tej biżuterii powstawał w innym czasie i w innych okolicznościach, więc odrobineczkę różnią się one między sobą. Na pierwszy rzut oka nikt tego nie dostrzeże, ale jeden z kolczyków, ten który był kiedyś zawieszką i spędził ponad pół roku przekładany wciąż z miejsca na miejsce, jest nieco jaśniejszy od całej reszty (mimo iż robiony z dokładnie tych samych materiałów). Przez wszystkie te swoje perypetie delikatnie wyblakł ;-) Ale pewnie za jakiś czas i tak to wszystko się wyrówna. Drugi kolczyk, to majstersztyk oszczędności materiałów – nie wiedziałam wtedy jeszcze ile sznurka będę potrzebować na zawieszkę, więc starałam się ze wszystkich sił, żeby zużyć wszystkiego możliwie jak najmniej. Udało mi się wymierzyć każdy ze sznureczków co do milimetra! A zawieszka, to już robótka kończona na kolanie i jedną ręką – chciałam mieć wreszcie w rękach finalny efekt. Więc nawet ta najnowsza część ma trochę niedoróbek, ale nie przeszkadza mi to – przecież pierwowzór też miał ich kilka ;-) I fajnie się to nosi właśnie takie, jakie jest – ma to swój urok i swoją wyjątkową historię.

drewno

Jeśli zajmujecie się rękodziełem, to zachęcam Was do podobnego eksperymentu. Spróbujcie powtórzyć jedną ze swoich pierwszych prac, z których byliście zadowoleni. Starajcie się zrobić ją najlepiej jak na swoje aktualne umiejętności, albo wręcz przeciwnie – żeby jak najbardziej przypominała pierwowzór. Stwórzcie z tego jedną całość – taką swoistą „kapsułę czasu”, obraz z wycinka Waszej rękodzielniczej historii :-)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s