Jestem zwolenniczką karmienia piersią, która karmi swoje dzieci mlekiem modyfikowanym

Dobrze, że nikt nie czytuje tego bloga, bo już sam tytuł prosi się o lincz ze strony zagorzałych zwolenników karmienia piersią i niestrudzonych bojowników o pierś matki w ustach dziecka ;-)

Ten wpis dość długo czekał niedokończony i planowałam w ogóle go nie publikować. Ale tak się składa, że właśnie trwa Światowy Tydzień Karmienia Piersią. Dlatego postanowiłam dać tej historii jeszcze jedną szansę.
Mimo, że już od jakiegoś czasu nie karmię piersią swojej zaledwie 6,5 miesięcznej córeczki, a mój, aktualnie dwuletni, syn na dobre pożegnał się z moim mlekiem mając pół roku, to uważam, że karmienie piersią jest najlepszym sposobem odżywiania niemowlęcia i że warto karmić piersią.
Nie jestem żadną znawczynią w dziedzinie laktacji, ani ekspertką w kwestiach dietetyki. Jestem po prostu mamą dwójki dzieci, która dwukrotnie przeszła trudną drogę podczas karmienia piersią swoich dzieci. Mamą, która wspiera inne mamy karmiące swoje dzieci piersią. Wspieram je i gorąco im kibicuje. Bo wiem, że robią dobrze, że wkładają w to wiele wysiłku i poświęcają bardzo dużo. Brawo drogie mamy! Tak trzymać!
Ale również rozumiem mamy, które dają swojemu dziecku butelkę i dodaję im otuchy, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że życie i macierzyństwo nie zawsze wygląda tak, jakbyśmy tego chcieli.

Z okazji Światowego Tygodnia Karmienia Piersią chciałam dołożyć od siebie małą cegiełkę do promocji KP – opisać swoją historię. Być może pomoże ona mamom karmiącym piersią docenić to, co robią i dzielnie w tym wytrwać. Być może doda otuchy rodzicom, którzy z różnych względów musieli sięgnąć po butelkę. Być może zachęci to osoby, których ten temat w ogóle nie dotyczy, do chwili refleksji.

Karmienie piersią zaczyna się w chwili,
gdy pojawiają dwie kreski

O tym, że chcę i będę karmić piersią wiedziałam już od samego początku. Bardzo mi na tym zależało, dlatego postanowiłam się do tego przygotować najlepiej, jak tylko potrafię. W ogóle, cały okres ciąży poświęciłam na dokładne przygotowanie się do bycia mamą. I nie polegało to na kompletowaniu najcudniejszej na świecie wyprawki dla niemowlaka, wyszukiwaniu hipoalergicznej farby z jak największą ilością atestów, by pomalować pokoik dziecięcy na najmodniejszy w sezonie kolor i urządzić iście instagramowy kącika dla dziecka, ozdobiony całą serią oprawionych w białe rameczki zdjęć ze słodkiej „sesji brzuszkowej” oraz z każdego kolejnego ciążowego USG. Akurat do tych tematów podeszłam bardzo pragmatycznie. Skupiłam się na tym, by jak najwięcej dowiedzieć się o ciąży, porodzie, połogu i przede wszystkim o samym dziecku – jak ono się rozwija w każdym kolejnym tygodniu od chwili poczęcia, jak rozwija się po urodzeniu, jak go pielęgnować, karmić, jak radzić sobie z różnymi problemami, które mogą się przytrafić. Przeczytałam wiele książek na ten temat, pytałam się rodziny i znajomych, część rzeczy doczytałam w internecie, a resztę wiedzy uzupełniłam podczas zajęć w szkole rodzenia. Muszę nieskromnie przyznać, że do karmienia piersią moje przygotowanie teoretyczne było całkiem dobre. Potem zostało już tylko wykorzystać tą całą wiedzę w praktyce.

Łatwo przyszło…

Moje początki karmienia piersią wyglądały wręcz sielankowo. Przystawiłam (a raczej przystawiono mi) dziecko, mleko było, popłynęło, dziecko zjadło i poszło spać. A ja usnęłam kwadrans później. Potem co prawda pojawiło się kilka problemów, ale na szczęście udało się je rozwiązać – zarówno dzięki temu, że sama mogłam skorygować wiele rzeczy porównując do wzorcowego, „książkowego” karmienia dziecka, jak i dzięki pomocy pań położnych ze szpitala, które zawsze chętnie służyły mi radą i zdradziły kilka sprawdzonych tricków.
Syn urodził się przez CC. To nie była planowana cesarka. Plus tego był taki, że zadziałały wszystkie hormony i mechanizmy, dzięki którym u matki pojawia się pokarm. Więc ja od razu miałam dużo mleka i nie było żadnych problemów z tym, że maluch na piersi się nie najada. Ale z kolei minus taki, że przez pierwsze dni niestety nie udało się uniknąć dokarmiania butelką, a po raz pierwszy karmiłam dziecko piersią dopiero kilka, może kilkanaście godzin po porodzie. Jednak gdy wychodziliśmy do domu syn bardzo ładnie przybierał na wadze, jedząc przez ostatnie 4 doby jedynie z piersi. Jadł chętnie, regularnie i całkiem dobrze radził sobie zarówno z prawą, jak i lewą stroną. A ja miałam laktację rozkręconą na maksa, nie miałam większych problemów z przystawianiem dziecka i byłam pewna, że żadna butelka nigdy nie zagości w naszym domu.

I tak sobie karmiłam w najlepsze, przez kolejne pare miesięcy. Karmiłam regularnie, z chęcią, na żądanie (czasem syna, a czasem moje – bo on jako niemowlę uwielbiał spać i czasem musiałam go po prostu obudzić, żeby zjadł) i ciesząc się z tego, że tak dobrze i gładko nam to idzie. Karmiłam w zaciszu własnego domu, na ławce w parku, w przychodni, u znajomych, w zatłoczonym pociągu, podczas uroczystości rodzinnych, odbierając jedną ręką przesyłkę od listonosza… Karmienie piersią to nie był problem ani dla mnie, ani dla nikogo z mojego otoczenia. Umiałam sprawnie i skutecznie przystawić dziecko do piersi i zawsze starałam się robić to dyskretnie – usiąść w takim miejscu i w taki sposób, by nie rzucać się w oczy, a w razie potrzeby zasłonić się chustą albo tetrową pieluszką w kolorowe wzorki. Chciałam, aby wszyscy czuli się z tym komfortowo – zarówno ja, jak i mój syn, a również wszyscy ludzie, wśród których przebywałam i z którymi miałam styczność w trakcie karmienia piersią. I zawsze udawało mi się to bez najmniejszych problemów. To na prawdę nie wymagało ode mnie zbyt wiele wysiłku.
Więc zawsze mnie dziwiły i do dziś mnie dziwią, te wszystkie kłótnie i przepychanki o to, że ktoś czuje się „szczuty cycem” przez matki karmiące, a matki karmiące są piętnowane, zmuszane do karmienia dzieci w toalecie i krytykowane przez społeczeństwo. Mnie przez cały spotykały rzeczy wręcz zupełnie odwrotne – do kogokolwiek zwracałam się z pytaniem o to gdzie mogłabym nakarmić dziecko, zawsze wszyscy stawali na uszach, by od razu zapewnić mi jak możliwie jak najlepsze warunki. I nigdy nie spotkałam się z krytyką – wręcz przeciwnie: z życzliwością, aprobatą, wsparciem i zrozumieniem.

Przy okazji – bardzo gorąco polecam rewelacyjny tekst Nishki, która wzięła kiedyś na tapetę problem publicznego karmienia piersią i na własnej skórze (a może raczej na własnym cycu?) przekonała się jak to w rzeczywistości wygląda i z czym to się wiąże.

Problem, który nie istnieje

Pierwsze schody pojawiły się, gdy mój syn miał miał 2 miesiące. Od samego początku zmagaliśmy się z żółtaczką niemowlęcą. Przez pierwsze dni nie działo się nic niepokojącego, a poziom bilirubiny spadał. Przy wypisie pediatra poinformował mnie, że stężenie bilirubiny we krwi jest wysokie, ale jest na poziomie bezpiecznym dla noworodka. Uczulił, żeby to cały czas kontrolować, uważnie obserwować maluszka i żeby regularnie konsultować się z pediatrą. Po paru tygodniach okazało się, że bilirubina spada zbyt wolno i trzeba interweniować. Tym bardziej, że lato było, jak zwykle zresztą, dość upalne. Przede wszystkim trzeba było jak najczęściej karmić dziecko (bilirubina wydalana jest przede wszystkim z moczem). Niestety, zbyt wiele to nie pomogło. Pediatra zaleciła dodatkowe dopajanie dziecka wodą. Kolejne badania krwi wykazały, że może i jest to nieco skuteczniejsze, ale wciąż nie przynosi wystarczających efektów. Bilirubina była bardzo wysoka i za nic w świecie nie chciała spadać. Przy tak wysokim stężeniu bilirubiny jakiekolwiek szczepienia były niewskazane. Jednak poza wysoką bilirubiną wszystko inne było w jak najlepszym porządku. Chłop zdrów jak koń, bez żadnych, najmniejszych nawet zastrzeżeń, ino żółty jak pole rzepaku na wiosnę. Dostaliśmy więc skierowanie do szpitala. Tam przeprowadzono badania, zalecono odstawienie od piersi na co najmniej dobę i pozostawiono na obserwację. Poziom bilirubiny zaczął spadać. Dowiedziałam się wtedy, że istnieje coś takiego, jak żółtaczka związana z karmieniem piersią, i że mojemu synowi właśnie takie coś dolega. Potem jeszcze przez parę tygodni się tak bujaliśmy – jedna doba na MM i odciąganie możliwie jak największej ilości pokarmu, a potem kilka dni na moim mleku i znów MM… Udało się wyjść na prostą.

Przy tej okazji zaczęłam zgłębiać temat wpływu karmienia piersią na żółtaczkę. I tutaj okazało się, że są dwa obozy. Jeden, który twierdzi, że w niektórych przypadkach KP może mieć wpływ na zbyt długo utrzymującą się żółtaczkę niemowlęcą, ze względu na to, że czasem w mleku matki mogą znajdować hormony które blokują wydalanie bilirubiny z organizmu. Oraz drugi, który uważa, że absolutnie żadna żółtaczka, ani żaden poziom bilirubiny nie jest powodem do tego, by odstawić dziecko od piersi. Jedynie cycek w gębie malucha jest w stanie uratować go przed wszystkimi problemami żółtaczką!
Ten pierwszy „obóz” pomógł mi skutecznie uporać się z żółtaczką u mojego syna. A z tym drugim miałam się jeszcze spotkać w najbliższej przyszłości.

…łatwo poszło

Kiedy już udało nam się uporać się z żółtaczką i znów karmić syna tylko i wyłącznie naturalnie, odetchnęłam z ulgą. Niestety nie dane mi było jednak cieszyć się tym zbyt długo. Kiedy syn miał 4 miesiące, zaczął bardzo szybko tracić na wadze. Niemalże znikał w oczach z dnia na dzień. Wizyta u pediatry, badanie, przeglądnięcie wyników badań za ostatnie miesiące i pytanie „Jak jest karmiony?”. Przez ostatnie tygodnie nie zauważyłam żadnych problemów (poza tym, że od kilku dni miał problem ze zrobieniem kupki, ale wcześniej też mu się to czasem przytrafiało). Syn jadł tak samo często jak wcześniej, tak samo długo i nie upominał się o więcej. Nie zaobserwowałam absolutnie nic, co by mnie zaniepokoiło. Po prostu z dnia na dzień zaczął bardzo chudnąć.

I wtedy MM już na stałe zagościło w jadłospisie mojego dziecka. Myślicie pewnie, że wtedy się poddałam, poszłam na łatwiznę i po prostu zastąpiłam cyca butelką? Wręcz przeciwnie – postanowiłam zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby jak najszybciej wrócić do całkowitego KP.

Cały świat kręcił się wokół mleka

Przede wszystkim przystawiałam syna częściej. Znacznie częściej. Niemalże na okrągło – kiedy tylko nie spał, to jadł. Ale to nie wystarczało, wciąż nie przybierał na wadze. Ewidentnie wszystko wskazywało na to, że mleka w piersiach mam zbyt mało i że trzeba sięgnąć po butelkę. Każde karmienie wyglądało więc następująco: najpierw karmiłam jedną piersią, później drugą, a potem szła butelka, możliwie jak najmniejsze porcje – po 30-60 ml. Waga powoli zaczęła iść w górę. Uf, sytuacja opanowana. Po każdym takim karmieniu, które trwało wieku, jeszcze dodatkowo odciągałam pokarm. Czasem udało się odciągnąć 2-3 ml, czasem 10 ml, a czasem nic. Czasem odnosiłam wrażenie, że jest już lepiej, że może i wciąż mleko kapie po kropelce, ale kapie go więcej, I tak to trwało przez kilka tygodni: jedna strona, druga strona, butelka, odciąganie, jedna strona, druga strona, butelka, odciąganie, jedna strona, druga strona, butelka, odciąganie, jedna strona, druga strona, butelka, odciąganie… W przerwach starałam się pić jak najwięcej płynów, zdrowo się odżywiać i odpoczywać (ha ha, dobre sobie).

Wiele osób powtarza, że karmienie piersią trzeba mieć w głowie, że matka musi chcieć karmić, że musi myśleć o tym, że ma wystarczająco dużo mleka i dużo czasu spędzać z dzieckiem, żeby pobudzać laktację. Ja miałam w głowie dużo mleka. Bardzo chciałam karmić i w głowie miałam ogromne ilości mleka. Wręcz hektolitry. Miałam w głowie tyle mleka, że dla moich piersi już go chyba nie starczało ;-)

Trwało to około dwa miesiące. Ale pomimo ciągłego przystawiania dziecka i odciągania, z tygodnia na tydzień mleka było coraz mniej. Kiedy syn miał pól roku, ja za cały dzień byłam w stanie odciągnąć zaledwie kilka kropel mleka. Mniej niż jedną łyżeczkę do herbaty. Mając świadomość tego, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby móc karmić piersią najdłużej jak to było możliwe, pogodziłam się z faktem, że została nam już tylko i wyłącznie butelka z mlekiem modyfikowanym.
No i te kolorowe papki warzywne, które z takim smakiem zajadał! :-)

W szponach terroru laktacyjnego

Ale powiem Wam tak szczerze, że to ciągłe karmienie najpierw na jedną, potem na drugą stronę, potem butelka i odciąganie, i potem znów karmienie na każdą ze stron, butelka, odciąganie… To wcale nie było takie straszne i złe :-) Doszłam już do takiej wprawy, że karmiąc dziecko na jedną stronę szłam włączyć czajnik, a kiedy karmiłam na drugą stronę, potrafiłam jedną ręką przygotowywać mieszankę. Choć po jakimś czasie syn zaczął się tak strasznie irytować, kiedy był przy piersi, że poza podejmowaniem kolejnych prób przystawienia wrzeszczącego i rzucającego się malca, nie byłam w stanie robić w tym czasie nic więcej. Uspokajał się dopiero przy butelce, mimo iż celowo wyszukałam mu taką, z której będzie mu co najwyżej kapać, a nie lecieć strumieniem. Owszem, byłam wtedy obolała i zmęczona. Ale wiedziałam, że robię dobrze, że robię wszystko co w mojej mocy, żeby móc karmić piersią.

Problem zaczął się dopiero wtedy, kiedy dopadły mnie „laktoterroryski”. Nie było ich wiele, ale miały niebywały dar do zatruwania życia. I tu zaczyna się prawdziwy dramat w mojej historii. Wcześniej nie miałam do czynienia z terrorem laktacyjnym, nie spotkałam się z nim nawet w szpitalu – raczej ze wsparciem i pomocą. Ale też wcześniej, tak na prawdę nigdy nie byłam w jakiejś szczególnie kryzysowej sytuacji. Od samego początku szło mi dobrze.

Ale kiedy pojawił się problem, pojawiła się też agresja.

***
– Musisz go częściej przystawiać.
– Przystawiam częściej.
– Nie, nie przystawiasz. Gdybyś przystawiała, to byś miała pokarm. Jak karmisz, to masz mleko, jak nie karmisz, to nie masz. Proste.
***
– Nie masz mleka, bo dałaś mu butelkę.
– Dałam mu butelkę, bo tracił na wadze. 
– To trzeba było go karmić częściej!
– Karmiłam znacznie częściej i to nie pomagało. Dalej chudł, więc musiałam podać butelkę.
– Wcale ci nie zależy na tym, żeby karmić piersią. Gdybyś chciała, to byś karmiła!
***
– Nie masz wyrzutów sumienia, że trujesz dziecko jakąś paskudną chemią? Jakiś proszek zalewany wodą. Ja bym w życiu do ust czegoś takiego nie wzięła! A co dopiero dziecku takie dawać! Och Boże! Przecież najzdrowsze jest mleko matki, a ty żałujesz tego mleka własnemu dziecku! Co z ciebie za matka!
***
– Dlaczego nie nakarmisz go teraz?
– Bo teraz śpi.
– No to go obudź i nakarm. Musi ssać, żeby było mleko.
– !!??
– Albo chociaż odciągaj! Siedzisz tu i beztrosko popijasz sobie herbatkę. Musisz te piersi cały czas stymulować, żeby było mleko. Jak nie karmisz, to odciągaj.
***
– To ty nie wiesz jak się to robi? Posmyraj go po nosie cycem, wyciśnij trochę mleka, żeby go zachęcić. Pobaw się z nim jakoś, żeby ssał jak najwięcej. Jak nie na jedną, to na drugą stronę. a nie od razu butelkę dawaj. Wygodnisia.
***

Nie, nie wyssałam sobie z palca tych wszystkich tekstów. Nawet tych najbardziej bezczelnych. Spotkałam się również z opiniami, że „zamordowałam” swoją laktację jeszcze w szpitalu – bo urodziłam przez CC, nie przystawiłam dziecka do piersi od razu po urodzeniu i pozwoliłam na to, by podano mu butelkę. I właśnie dlatego po kilku miesiącach moje mleko ni stąd, ni zowoąt nagle zniknęło! Inna para kaloszy, że samo to tłumaczenie brzmi absurdalnie. Tak, ja wiem, że to są istotne rzeczy i że na prawdę warto dołożyć wszelkich starań, żeby ich dopilnować. Mi też na tym zależało i kiedy tylko mogłam, to karmiłam. Po butelkę sięgałam tylko i wyłącznie wtedy, kiedy to na prawdę było konieczne. To zawsze była dla mnie ostateczność. Ale gdyby faktycznie dało się w tak durny, błahy i banalny sposób „zamordować laktację”, to pół świata żarłoby Bebiko. O ile w ogóle nie wyginęlibyśmy jako gatunek, przed wynalezieniem mleka modyfikowanego… Ale najgorsze w tym wszystkim było to, że te „laktoterroryski” były totalnie głuche na to, co im mówiłam. Kiedy opowiadałam jak wyglądał mój poród i co się działo potem, w odpowiedzi słyszałam: „No to co to za szpital, że w ogóle im nie zależy na tym, żeby dziecko miało mleko od matki!” …tylko wolą ratować ich życie – dodawałam w myślach…

Nigdy nie wierzyłam w istnienie „terrorystek laktacyjnych”, dopóki ich nie spotkałam. A jak już je spotkałam, to byłam przerażona tym, co robią. Odnosiłam wrażenie, że za wszelką cenę chcą ze mnie zmusić do tego, bym stała się męczennicą, którą później wyniosą na ołtarze „laktoterroru”. I będą głosić mrożące krew w żyłach hasła, mające promować dramatyczną walkę o KP w XXI wieku:
„Przystawiła do piersi tuż po urodzeniu, mimo iż była nieprzytomna a dziecko nie miało tętna!”
„Dla dobra laktacji nie pozwalała dziecku spać, tylko na okrągło wtykała mu cycka do gęby, żeby więcej ssał!”

„Wolała zagłodzić dziecko na śmierć swoim własnym cycem, niż podać mu tą wstrętną chemię z butelki!”

Mlekowspieracze

To taki termin wymyślony naprędce, określający opozycję do laktoterrorystek. Osoby, które wspierają młodych rodziców w każdej kryzysowej sytuacji, bez względu na to jakie mleko je ich dziecko. Bo i z mlekowspieraczami się spotkałam. Sama zresztą takim mlekowspieraczem jestem :-) Kiedy zaczynałam karmić piersią, wszystko szło gładko i nie było większych problemów, to mlekowspieracze przy mnie byli, kibicowali mi i byli ze mnie dumni. Laktoterrorystki też były – rzuciły okiem, odhaczyły „OK, karmi” i zajęły się swoimi sprawami. Kiedy pojawiły się problemy z karmieniem, kiedy próbowałam i walczyłam, mlekowspieracze byli przy mnie, dodawali otuchy, trzymali kciuki, pomagali. Laktoterrorystki zupełnie zniknęły – no przecież dziecko ma cycka w gębie, więc o co chodzi!? Kiedy pojawiła się butelka, mlekowspieracze wykazali się ogromnym zrozumieniem – wspierali mnie mnie w tym, podzielili się swoimi osobistymi historiami i gratulowali tego, że pomimo trudności ja wciąż walczę. Ale laktoterrorystki – dopiero wtedy się zleciały i mnie dopadły! Ba! Atakowały mnie nawet na długo po tym, jak już zupełnie odstawiłam syna od piersi. Jakby to miało w jakikolwiek sposób przywrócić mi laktację. Ale nie było ich w chwili, kiedy potrzebowałam pomocy. One nie pomagają karmić piersią, one jedynie mają radar wykrywający butelki i rzucają się z pazurami na każdego rodzica, który odważy się podać swojemu dziecku butelkę (albo nie daj boże smoczek!).

Okazało się, że wspaniałymi mlekowspieraczami są osoby, które same doświaczyły problemów z KP, które też kiedyś stanęły pod ścianą i nie były w stanie wygrać z naturą. Nawet te najbardziej konserwatywne we wszystkich „dzieciowych” kwestiach osoby, które nie dają ani sobie, ani innym rodzicom żadnej taryfy ulgowej, były bardzo wyrozumiałe w kwestii mleka, jeśli same doświadczyły podobnych trudności. Można było dostać od nich zaskakująco dużo wsparcia.
Z kolei żądna z laktoterrorystek, z którymi miałam do czynienia, nie znalazła się w podobnej sytuacji, co ja. Nie miały żadnych większych problemów z KP, poza tymi, które spotykają praktycznie każdą kobietę (poranione brodawki, bolesność). I robiły z tego jakiś niesamowity dramat (Bo ja miałam poranione sutki, bolało mnie, krew leciała, chciało mi się płakać, ale i tak karmiłam! No to fajnie, przybij piątkę, bo ja też przechodziłam dokładnie przez to samo i nie uważam tego za jakiś szczególny wyczyn). Albo ewentualnie miały jakiś problem, z którym udało im się w miarę szybko uporać (Ja wykarmiłam swoje dzieci, to i ty wykarmisz! Przecież to jest proste. Czego nie rozumiesz? Mi też nie było łatwo, a karmiłam!).

I proszę absolutnie nie mylić laktoterrorystek z osobami promującymi i wspierającymi karmienie piersią! To jak najbardziej są mlekowspieracze! Tylko po prostu czasem nieco bardziej konserwatywni ;-)

Historia lubi się powtarzać

W drugiej ciąży, kiedy nosiłam pod sercem córkę, podeszłam do tematu odżywiania niemowląt już zupełnie inaczej. Spodziewałam się, że za drugim razem może być podobnie, że moje mleko nagle zniknie i już nigdy nie wróci. Ale nastawiałam się na to, że będę karmić najdłużej, jak to tylko możliwe. Kiedy moje mleko dla syna już się skończyło, było mi żal każdej kropelki, która się zmarnowała. Wszystkiego tego, co gdzieś tam pociekło, wylało się, wchłonęło we wkładki albo ubranie. Dlatego od razu kupiłam muszle laktacyjne, żeby móc jak najwięcej odzyskać. Przygotowałam się do odciągania pokarmu, mrożenia go i przechowywania. Żeby moja córka dostała tego mleka możliwie jak najwięcej.

A potem ze spokojem pojechałam na porodówkę.
No dobra, wcale nie ze spokojem ;-)
Córka też urodziła się przez CC, tyle, że planowane. Z tym, że ona miała w planach urodzić się dzień przed terminem wyznaczonym przez lekarza ;-)
Mimo, iż wcale nie było mi do śmiechu męczyć się ze skurczami co 2 minuty, podczas gdy sala operacyjna była zajęta, ale z drugiej strony cieszyłam się, że córa jest już w pełni gotowa, by przyjść na świat. I dla laktacji to też nie jest bez znaczenia.

Potem – moja historia potoczyła się znów bardzo podobnie. Mleko było, było go dużo i córka nie miała większych problemów z jedzeniem. Bardzo szybko opanowała prawidłowe ssanie i jadła chętnie. W pierwszych dniach położne ją dokarmiały, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy dziecko nie było ze mną. Kiedy mogłam ją karmić, jadła tylko i wyłącznie moje mleko. I tutaj również odniosłam wrażenie, że personel wcale nie zapycha małych brzuszków tylko po to, żeby dzieciaki nie płakały i był święty spokój. Wręcz przeciwnie. Na moim mleku mała przybierała na wadze bardzo ładnie. Byłam z siebie i z niej bardzo dumna.

Przy córce nie było żądnych problemów z żółtaczką. Nie miała aż tak wysokiej bilirubiny, a to co było, bardzo ładnie spadało. Mogłyśmy się więc karmić do woli. Córka miała znacznie większy apetyt, niż jej brat. Jadła częściej, chętniej i więcej niż on. Uważnie obserwowałam kiedy je, w jaki sposób i jak długo, ile waży, ile moczy pieluch. Chciałam od razu wychwycić pierwsze oznaki, że moje mleko się kończy i zacząć działać jak najszybciej. Poza tym, że miałam drobne problemy z zastojami, które na szczęście za każdym razem udawało się bardzo szybko rozwiązywać, nie działo się nic niepokojącego. Ale niestety, koniec laktacji znów dopadł mnie zupełnie niespodziewanie, po około 3 miesiącach. Córka zaczęła upominać się o jedzenie znacznie częściej. Ale poza tym, nic więcej Karmiłam więc częściej. Jednak to nie pomogło. Przy odciąganiu nie leciało prawie nic. Na scene wkroczyła więc butelka. I znów: jedna strona, druga strona, butelka, odciąganie, jedna strona, druga strona, butelka, odciąganie, jedna strona, druga strona, butelka, odciąganie…

Ale chyba moje cycki nic sobie z tego nie robiły, bo mleko wciąż sukcesywnie zanikało, a córka coraz szybciej zaczynała się złościć, kiedy była przy piersi. Gdy córka skończyła 4 miesiące, zupełnie przestałam ją karmić. Nie walczyłam z tym. Wiedziałam, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy i że po prostu tak musi być. Czasem laktacja po prostu znika i nie ważne co się robi, by ją odzyskać – ona już nie wraca. Podobne problemy miała również moja mama i to przy każdym z trójki dzieci. Po prostu przychodził taki moment, kiedy mleko bezpowrotnie znikało. Za każdym razem w innym miesiącu życia dziecka i za każdym razem stanowczo zbyt wcześnie.
Zmagając się z zanikającą laktacją usłyszałam kilka smutnych, ale jednak pięknych historii matek, które miały podobne problemy. I wiecie co łączyło te wszystkie historie? Że każda z mam chciała karmić i robiła wszystko, żeby jednak karmić piersią. Jedne z większym, inne z mniejszym skutkiem. Nawet w czasach, kiedy nie było internetu i nie można było sobie w każdej chwili wejść na blog Hafiji i poszukać rozwiązania, one intuicyjnie postępowały właśnie tak, jak należy – karmiły dziecko możliwie jak najczęściej, żeby pobudzić laktację, starały się przystawiać na różne sposoby, żeby wypracować właściwy sposób karmienia i prawidłowy odruch ssania u dziecka, dbały o bliskość i kontakt z dzieckiem, żeby zbudować jak najsilniejszą więź i stworzyć sprzyjającą atmosferę, cierpiały, kiedy ich maluszki płakały przy piersi, ale mimo to, nie rezygnowały.

To wszystko nauczyło mnie większej pewności siebie. Mimo, iż wolałabym wciąż karmić piersią moją córkę, to jednak dziś bez żadnego stresu wyciągam butelkę z mlekiem modyfikowanym, kiedy jest głodna. Już nie boję się, że ktoś mi to wytknie, będzie mi prawił kazania i znów podzieli się tymi wszystkimi radami, które ja przecież dobrze znam i które już dawno zastosowałam…

Wspierajmy mamy!

Bez względu na to, jak karmią swoje dzieci.
Cieszę się, że tak wiele się teraz robi, by promować karmienie piersią, by informować o tym i stwarzać mamom jak najlepsze warunki do karmienia dziecka w każdej możliwej sytuacji. Ale z drugiej strony wciąż mamy wiele do zrobienia w tej kwestii. Karmienie piersią jest rzeczą bardzo delikatną, intymną. Nie można tu używać języka agresji, nienawiści. Nie można oceniać rodziców tylko na podstawie tego, jak odżywiają swoje niemowlę. Wspierajmy mamy i pomagajmy im. Ale przede wszystkim – szanujmy je.

Wiele osób chce pomóc przy karmieniu piersią, chce podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Ale niestety, zupełnie niechcący, wywołują u młodej mamy ogromny stres. Czasem traktują ją jak niesfornego uczniaka, który nie przygotował się na egzamin i w odpowiedzi na pytanie poci się, plotąc jakieś niestworzone farmazony. Czasem zasypują ją tysiącem rad, zamiast najpierw zapytać co się dzieje, wysłuchać, uważnie wysłuchać i dać tą jedną, właściwą radę. Czasem stawiają się w roli nieomylnego, wszechwiedzącego znawcy i eksperta, który pozjadał wszystkie rozumy, wie wszystko najlepiej i potrafi ustalić takie reguły dla karmienia piersią, od których nie ma wyjątków, do których dostosuje się absolutnie każdy niemowlak.
I zamiast pomóc, to robią jeszcze więcej szkody, narażając na zupełnie niepotrzebny stres mamę, która i tak jest już w wystarczająco ciężkiej sytuacji.

Czasem wszystko idzie gładko i bezproblemowo, czasem pod górkę i są różne wyboje po drodze, a czasem rodzic czuje, że stoi przed pionową ścianą i nie jest w stanie iść dalej. Ale wierzę, że atmosfera wsparcia, zrozumienia, wzajemnej życzliwości ułatwi młodym rodzicom pokonywanie wszystkich trudności i sprawi, że karmienie piersią znów stanie się zupełnie naturalną rzeczą, a budzącym skrajne emocje tematem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s